Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Ultraviolet

Ultraviolet - Kylesa

Ultraviolet

Wykonawca:

Kylesa

8 /10

W dobie rzekomego kryzysu, jaki spotkał ikony sludge metalowego grania pokroju Baroness czy Mastodon (o ile złagodzenie brzmienia można uznać za kryzys), Kylesa twardo trzyma się dawno ustalonych zasad.

11 nowych kawałków surowego materiału, to dobrze znany sludge, na jaki stać tylko ekipę z Savannah. Dla spragnionych wszelkich innowacji, smutna wiadomość - jeżeli nie podobały wam się dotychczasowe nagrania grupy, będziecie musieli odrobić pracę domową jeszcze raz, bo "Ultraviolet" nie rezygnuje z dawnych rozwiązań, idealnie wpasowując się w szereg wcześniejszych wydawnictw.

To już 6 długogrający album, istniejącej od 2000 roku Kylesy. Grupa sporo zawdzięcza takim legendom jak Black Sabbath czy Neurosis, do tego dochodzi otoczka amerykańskiego południa - to wszystko wywiera spory wpływ na muzyczne kompozycje zespołu. Ostatni album "Spiral Shadow" wywołał wśród muzycznej społeczności sporo zamieszania - powodem było zaaranżowanie nowego materiału pod rzekomą "szerszą publikę". Nie zrozumiałem tego poruszenia. Albumy, które zdecydowanie odbiegają od znanej już dyskografii zespołu, natychmiastowo stają się czarną owcą w stadzie. Doskonale pamiętamy sytuacje z wyżej wymienionymi Baroness, Mastodon czy nawet Torche.

Formacje te odważnie podeszły do wprowadzania (r)ewolucji wewnątrz ich muzycznego królestwa. Z mojego punktu widzenia, tym zabiegiem trafiły w sam środek tarczy udowadniając, że ewolucja niejedno ma imię, a przybranie nieco cieplejszej formy nie musi od razu oznaczać komercyjnej prostytucji. Na szczęście Kylesa ma już ten proces za sobą, bo o ile "Spiral Shadow" zdecydowanie mógłby przypaść do gustu nie tylko fanom brudnego grania, o tyle "Ultraviolet" już taki oczywisty nie jest. I pamiętajmy, growl i Kylesa z czasów debiutu to już przeszłość, przyzwyczajmy się do tego. Dojrzałość do czegoś zobowiązuje, najnowsze wydawnictwo wcale się nie prosi o powrót do tych starych rozwiązań, samodzielnie realizując obrany jakiś czas temu świeży kierunek.

Piękne przywitanie w postaci "Exhale" wróży dobre wieści. Hardcore’owe rozbicie głowy serwuje "We’re Taking This". Dwie minuty i czterdzieści sekund brudnego, bujanego doom ze skandowanymi wokalami, to przepis na prawdziwie flegmisty sludge. "Long Gone" to utrzymany w klimacie "Spiral Shadow" śpiewany, stonerowy klasyk potwierdzający, że oprócz zdzierania gardła w wykonaniu Laury Pleasants, które i tak wychodzi wyśmienicie, czysto wokalne aranżacje ciągle pozostają na pierwszym planie. Super! Rock’n Rolowy wywód w postaci "Vulture’s Landing" aż prosi się, by pozbyć się dachu w samochodzie i czując wiatr we włosach mknąć po pustynnych autostradach. Po prostu można się rozpłynąć w tym cudzie!

"Ultraviolet" to różnorodny album, zarówno aura nieco lżejszego "Spiral Shadow", jak i agresywnego "Time Will Fuse Its Worth" jest tutaj wyraźnie obecna. To naprawdę dobrze świadczy o Amerykanach, bo nawet nie wywołując muzycznej rewolucji można dokonać rzeczy ciekawych i godnych rywalizacji o miano sludge’owego albumu roku. To nie są przelewki, w pełni świadomy swoich słów przyznaję, że "Ultraviolet" kwalifikuje się do grona czołowych tytułów bieżącego roku. Być może nie odkrywam Ameryki, bo jaka Kylesa jest, każdy widzi i nie trzeba kolejny raz udowadniać, że i tym razem wszystko, co ukazuje się z logo tego bandu, aspiruje do ideału w swojej stylistyce. Jestem zadowolony, bo "Ultraviolet" trafia do mnie od początku do końca. I oby tak dalej!

Adam Piętak