Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Colours In The Dark

Colours In The Dark - Tarja

Colours In The Dark

Wykonawca:

Tarja

6 /10

Ach Tarjo, Tarjo, bez Nightwish już nigdy nie będziesz tak piękna. Zresztą Nightwish bez Ciebie też nie.

Nie wstydzę się przyznać, że czarnowłosa Finka i jej sympatyczni koledzy byli jednym z tych zespołów, które kilkanaście lat temu wprowadziły mnie w przepastny świat szeroko pojętego rocka/muzyki gitarowej. Darzę więc sentymentem takie płyty, jak "Oceanborn", "Wishmaster" czy "Once", lubię do nich wracać, choć pewnie raczej z powodu młodzieńczych wspomnień, niż obecnych preferencji muzycznych. To co działo i dzieje się z zespołem oraz jego byłą wokalistką jakoś przestało mnie kręcić i to bynajmniej nie ze względu na artystyczne dojrzewanie. Po prostu Nightwish stracił wybitny sopranowy głos, a Tarja kompozytora świetnych piosenek - Tuomasa Holopainena.

Turunen nadal nie ma tak dobrych kawałków, jak za starych dobrych czasów. Jej płyty są próbą odtworzenia tamtego brzmienia, nawiązania do patosu, który jednak w pierwotnej wersji miał w sobie nutkę przebojowości, pozwalającej tamtym kompozycjom na długo zapadać w pamięci. Z solowymi piosenkami Tarji już tak niestety nie jest, choć trzeba przyznać, że jej trzecia (międzynarodowa) płyta, "Colours In The Dark" jest najlepszym albumem, jaki nagrała od 2004 roku. Inna sprawa, że wielkiej konkurencji nie miała.

"Colours In The Dark" niesie ze sobą dwie skrajności: dziesięć piosenek, spośród których część to w miarę zwarte, piosenkowe formy, a druga - rozbuchane pieśni, które przytłaczają orkiestrowymi aranżacjami i operowymi wycieczkami Tarji. Te drugie, niestety, polecam omijać - marszowo rozpoczynające się "Victic of Ritual" raczej śmieszy, niż porywa (choć ratuje go mocny refren), "Lucid Dreamer" jest wybitnie nieudaną balladą, która niby to stara się rozkręcić w niezłego rockera, ale niesamowicie nudzi i męczy. Niewiele lepiej jest w "Mystique Voyage", a to ze względu na ciekawostki pod postacią hiszpańskiego śpiewu i wstawek zaaranżowanych na Vangelisową modłę, płytę kończy smętna, nieciekawa "Medusa" - przez każdą sekundę z tych ośmiu minut modlę się, by ten kawałek wreszcie się skończył.

Zdecydowanie lepiej wypadają prostsze piosenki, relatywnie krótkie (na tej płycie oznacza to czas trwania w okolicach pięciu minut), z czego największe wrażenie robi "Never Enough". Drive przesterowanej gitary (aż czeka się na wokal Maxa Cavalery, który wejdzie po początkowym riffie), kapitalnie chwytliwy refren i bardzo dobra aranżacja z delikatnie wplecionymi klawiszami dowodzą, że Turunen po pierwsze ma świetnych muzyków w swoim zespole (że wspomnę basistę Living Colour, Douga Wimbisha), a po drugie - że w zwartych utworach Tarji zdecydowanie bardziej do twarzy. Na podobnej zasadzie napisany jest ostry "Neverlight", kolejny riffowany killer na "Colours In The Dark" - szkoda, że jest ich tu tak mało. Do grona udanych utworów zaliczyć na pewno należy cover piosenki Petera Gabriela, "Darkness", równie tajemniczy, co oryginał, acz nieco bardziej zadziorny i - oczywiście - ujmujący.

Czy Tarja jest jeszcze w stanie podbić serca starych fanów? Cóż, wokalistka ani trochę nie straciła ze swojej wokalnej klasy i za to należą jej się wyrazy uznania. Niestety, dopóki nie znajdzie sobie dobrego kompozytora, dopóty jej solowa twórczość będzie ziębła w cieniu Nightwish.

Jurek Gibadło