Kup Magazyn Gitarzysta

Hate - Thy Art Is Murder

Hate

Wykonawca:

Thy Art Is Murder

Gatunek:

Deathcore

8 /10

Historia muzyki ekstremalnej w Australii sięga jakieś 1500 lat wstecz. Już wtedy Aborygeni dmuchali w drewnianą trąbkę, nazywaną didgeridoo przez potomków brytyjskich skazańców, którzy później osiedlili się na Antypodach.

Ci ostatni woleli jednak, organizując się w grupy, szarpać struny i bić w bębny. Kryli się za wyszukanymi nazwami jak Disembowelment, Alchemist, Horde, Blood Duster, Mortification, I Killed The Prom Queen, New Blood, The Broderick czy Parkway Drive. Do grona szanowanych wykonawców muzycznej ekstremy niewątpliwie dołącza skład Thy Art Is Murder.

"Hate" zostało wydane rok temu przez lokalny label. Bez wsparcia dużej stajni radził sobie na tyle dobrze, że wreszcie wspomniane otrzymał. Nuclear Blast wzięło w dystrybucję ten krążek, co - jak to zwykle bywa w takich sytuacjach - otworzyło wiele drzwi i pozwoliło zespołowi wypłynąć na szersze wody. Dowodem choćby udział w trasie organizowanej przez Sumerian Records, której headlinerem był The Dillinger Escape Plan, a supportami między innymi Animal As Leaders, Periphery, Norma Jean, Cattle Decapitation czy The Ocean. Było więc kogo podglądać i od kogo się uczyć.

Wytwórnia reklamuje twórczość Australijczyków, jako 'modern death metal', co spotkało się z uwagami w rodzaju "stop calling it modern death metal, while it's shitty deathcore". Właściwie można wyrzucić z tego komentarza słowo "shitty" i reszta się zgadza. Debiutancki LP "The Adversary"  rzeczywiście był typowym deathcore, ze wszystkimi wadami i zaletami gatunku. "Hate" to dzieło pod każdym względem lepsze, dojrzalsze kompozycyjnie i brzmieniowo. Materiał ciąży w stronę death metalu, właściwie jest to miks technicznego death metalu z tym zorientowanym na groove, do tego dochodzi sporo charakterystycznych zagrywek deathcorowych, jednak zepchniętych tym razem do roli drugoplanowej.

Próżno tu szukać odniesień, na które wskazuje nowy label Australijczyków, Morbid Angel czy Cannibal Corpse? Raczej nie. Behemoth? Chyba tylko jeśli idzie o specyficzny apokaliptyczny klimat. Bo ta muzyka brzmi jak soundtrack towarzyszący upadkowi znanego nam świata. Płyta ma szansę pogodzić zwolenników nowej szkoły w rodzaju Skinless oraz Job For A Cowboy i starych wyjadaczy pokroju Suffocation czy Dying Fetus. Zwykle death metal z dużych stajni jest płaski, jakby dokonano na nim kastracji brzmieniowej. Ten materiał nie jest pozbawiony wad współczesnej produkcji, ale nie na tyle, by to drażniło. Można powiedzieć, że na swój sposób zespół wychodzi z tego obronną ręką. Owszem produkcja jest perfekcyjna, jednak podoba mi się to, że sound jest bardzo bezpośredni. Atakuje słuchacza wprost, może nie tak jak swego czasu "Altars Of Madness" czy z innej beczki "World Painted Blood", a jednak...

Znajdziemy tu bezpośrednie, ostre jak brzytwa gitary. Z drugiej strony zadbano, by w odpowiednich miejscach było dość głębi i, jak to się zwykło mówić, mięsa. Słowem, w tej dopieszczonej brzmieniowo produkcji udało się zachować ducha muzyki. Australijczycy zadbali również o odpowiedni balans między poszczególnymi partiami. Umiejętnie zważono proporcje ciężaru (potężne down beaty i breakdowny oraz zwolnienia) i szybkości, melodii i agresji, klimatu i brutalności. Materiał nie jest przesadnie intensywny, dzięki czemu jest miejsce na złapanie oddechu w trakcie odsłuchu. Tu i ówdzie wpleciono bardziej klimatyczne partie, średnie tempa przerywające gitarowe gonitwy i perkusyjne blasty. Co najważniejsze, muzyka nie jest beznamiętna, co często zdarza się w tego typu graniu. Przez trzydzieści sześć minut słychać i czuć zaangażowanie formacji. Obrazu całości dopełniają wokale, gdzie między screamami dominuje potężny growl Chrisa McMahona.

Właściwie już na wstępie mogłem wspomnieć, że poszukujący nowinek w muzyce mogą sobie odpuścić ten krążek. Australijczycy punktów za oryginalność nie zdobywają. Wszystko już było. Jest to jednak na tyle rasowy materiał, że nie warto przejść obok niego obojętnie i który mogą sprawdzić nawet deathmetalowi ortodoksi. Pod warunkiem, że ich ulubionym zespołem nie jest dajmy na to Krypts, Grave Miasma czy Coffins, tylko bardziej techniczna i nowoczesna odmiana gatunku. "Hate" to jeszcze nie sztuka, ale i nie wyrobnictwo. Może w przyszłości będzie to nieprzeciętny zespół. Z ciekawością będę wypatrywał ich trzeciego długograja.

Sebastian Urbańczyk