Kup Magazyn Gitarzysta

Rise - Skillet

Rise

Wykonawca:

Skillet

Gatunek:

Pop rock

4 /10

Państwo wybaczą uprzedzenia, ale gdy jakiś zespół ma supportować Nickelback, to znak, że należy omijać go szerokim łukiem.

Tak wiem, Skillet istnieje nie od wczoraj (ba, właściwie jest rówieśniczką ekipy Chada Kroegera), wiem, że Amerykanie za nimi szaleją (a skoro oni, to i paru Europejczyków oraz mieszkańców Japonii także) i wiem, że przez te 17 lat konsekwentnie pracowali na swoją pozycję w świecie radiowego rocka. Nie należy go więc oceniać przez pryzmat kanadyjskiej gwiazdy. A jednak jest coś symptomatycznego w fakcie, że ekipa małżeństwa Cooperów wystąpi u nas właśnie z tym, a nie innym zespołem: obie grają niezwykle płasko, przewidywalnie i zupełnie anty-rockowo. Gdy członkowie Skillet wykrzykują, że chcą rewolucji w tytułowym dla nowej płyty "Rise", jakoś nie mogę uwierzyć w szczerość ich słów. Ta piosenka brzmi bowiem anemicznie, sztucznie, zbyt grzecznie, zupełnie nienastrajająco do jakiegokolwiek buntu. No chyba, że buntem ma być naciśnięcie przycisku "Stop" na odtwarzaczu…

Dziewiąta płyta Skillet jest ucieleśnieniem wszystkiego, czego nie da się tolerować w muzyce chcącej się - według Amerykanów - tytułować alternatywnym rockiem radiowym. Exemplum: "Circus For A Psycho" zaczyna się niezłą, gitarową zagrywką (Seth Morrison to chyba jedyny członek składu, którego warto chwalić za grę), która jednak raz dwa rozpada się pod plastikowym brzmieniem całości, mordowanym dodatkowo przez komiczne wręcz skandowanie Korey Cooper (pani klawiszowiec nadawałaby się raczej do "Tęczowego Music Boxa" niż do zespołu rockowego). Albo "Madness In Me" - riff żre niesamowicie, ale znów rozpływa się w popowej miałkości i banałowi zgranej miliardy razy melodii. Pozostałe utwory, mimo szczerych chęci i kilkukrotnego odsłuchu, wyleciały mi z głowy szybciej, niż do niej wpadły. Nawet ballady, które u tego typu kapel powinny być wisienkami na torcie, są zupełnie nieciekawe, bez wciągających melodii i aranżacji (patrz "American Noise" czy "Fire and Fury", w którym na klawiszu gra chyba jakiś trzylatek…)

Czasami przywołany Morrison przywali jakąś interesującą solówką ("Salvation"), ale chyba tylko po to, byśmy nie musieli czytać może i niegłupich w przesłaniu, ale miałkich artystycznie tekstów i mogli sobie przypomnieć, że Skillet aspiruje do miana zespołu rockowego.

Najgorsze jest jednak to, że na samym końcu recenzji nie mogę powiedź, że jestem zaskoczony. Omijałem Skillet szerokim łukiem, bo - wiem, to nie fair - wyrobiłem sobie o nich złe zdanie dzięki słabym singlom i sztucznemu, napompowanemu outfitowi. Gdy przyszło zmierzyć mi się z recenzją ich nowego krążka i zostałem zmuszony do zagłębienia w temat, wyobrażenia ciałem się stały i skutecznie odepchnęły mnie od amerykańskiego kwartetu na zawsze.

Jurek Gibadło