Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Return To Annihilation

Return To Annihilation - Locrian

Return To Annihilation

Wykonawca:

Locrian

9 /10

Czasami czytam jakąś książkę i zastanawiam się, jak mogłaby wyglądać jej ekranizacja. Jakie dźwięki by najlepiej do niej pasowały.

Postapokaliptyczny świat. Nie muzyka na koniec świata, a soundtrack do tego, co po nim. King, McCarthy, Cronin, Heller. I Glukhovsky. On też, od biedy. Ale jeśli koniec świata, to nie na skutek jakiejś nuklearnej zagłady jak u niego. Raczej jakiś wirus z Amazonii, jak u Cronina. Albo broń biologiczna, wirus z laboratorium, jak u Kinga. Albo jakiś rodzaj grypy (Heller). Żyjemy w globalnej wiosce. Dżungla, zwierzę, owoc, człowiek. Lotniska. "Contagion" Soderbergha, albo "12 Małp" Gilliama. Albo McCarthy. Właściwie nie wiadomo co się stało. Co sprawiło, że bohaterowie wędrują w świecie pozbawionym słońca, które nie przebija się przez warstwę spowijającego niebo pyłu. Jest zimno i coraz trudniej oddychać. Z każdym dniem coraz trudniej. Nie ma ptaków. Nie ma zwierząt. Puszka z mielonką o długim terminie do spożycia. Małe przyjemności. Bezpieczne schronienie. Bezpieczeństwo to rzecz względna w tym świecie. A u Hellera? Trochę łatwiej. Samotność wciąż dokucza. Nagle jesteś panem. Nikogo wokół. Ziemia twoja, żywność twoja, paliwo twoje, zwierzyna twoja, ryby twoje, łąki, góry i strumyki. I komu o tym powiedzieć?

Muzyka. Wyliczam w myślach. Zależnie od klimatu. Raison d'etre, Atrium Carceri, Boards Of Canada, coś w klimacie Carpentera. I Nick Cave i Warren Ellis ("Droga"). US Christmas, Inter Arma, Godspeed You Black Emperor. Na pewno. I Locrian.

"Return To Annihilation". Adekwatny tytuł. Okładka. Też pasuje. Pusty koszyk na parkingu jakiegoś supermarketu. Samotność ludzi i miejsc. Miejsc kiedyś wypełnionych ludźmi. Strach, niepewność, chęć przeżycia jeszcze jednego dnia. Wybiegać myślami dalej niż do jutra. Można. Tylko po co. Locrian przychodzi z oprawą dźwiękową przywołującą na myśl taki klimat. Opuszczone drogi, fabryki, szkoły, szpitale. Opuszczone miasta. Dzikie przestrzenie.

Locrian zaczyna w stylu Swans. Tematem nawet optymistycznym. To jakbyśmy lecieli samolotem, może być cessna 182 z '56 roku (Heller). Z góry wszystko wygląda po staremu, nic się nie zmieniło. Ale znamy prawdę. Świat, życie które znaliśmy nie istnieje. I ten swansowy temat polany jest rozdzierającym, przeszywającym blackowym skrzekiem. Czy da się wykrzyczeć cały nagromadzony ból?
Czysto muzycznie Locrian miesza co się da. Z definicji może to być instrumentalny ambient. Ambient tworzy podstawę. Na nią naniesione są pozostałe brzmienia generowane przez tradycyjny zestaw rockowy, jak również przez elektronikę i sample. Często układa się to w hipnotyczne tematy napędzane rytualnym bębnieniem.

Czasem Amerykanie robią sobie wycieczkę w bardziej post-rockowe rejony wprowadzając bardziej leniwe, rozmyte partie. Mnóstwo tu szumów, zgrzytów, buzujących drgań. Z tego wyodrębniają się poszczególne tematy, kiedy wchodzą gitary i perkusja zaczyna to wszystko przypominać muzykę. A także sen, czasem koszmar. "Return To Annihilation" ma charakter nieco eksperymentalny, ale nie pozbawiony jest tradycyjnych struktur. Utwory wychodzą od nieprzystających do siebie dźwięków, ale prowadzą dokądś. Kompozycje są długie, rozwijają się niespiesznie jednak prędzej czy później przybierają konkretną formę, układają w kolejne tematy, czasem swobodnie rozwijane, czasem zapętlone. Wciągające.

Nie jest to najłatwiejsza w odbiorze muzyka, zwłaszcza jeśli ktoś jest nastawiony na krótkie formy. Jeśli jednak mamy dużo czasu, nigdzie się nie spieszymy, polecam odpalenie "Return To Annihilation" i poddanie się klimatowi. Gdyż to jest słowo-klucz dla tego albumu. Twórczość  Locrian ma charakter wybitnie ilustracyjny. Obrazy same pojawiają się w głowie. To płyta dla każdego fana Swans, ambientowych pejzaży, noise czy nawet post-rocka. Co więcej, Amerykanie potrafią to sprzedać w niemęczącej formie. Łatwo jest przekombinować, odpłynąć w eksperymenty, które stają się sztuką dla sztuki. Locrian unika tego błędu. I to jest sztuka.

Sebastian Urbańczyk