Kup Magazyn Gitarzysta

Big TV - White Lies

Big TV

Wykonawca:

White Lies

Gatunek:

Indie rock

6 /10

White Lies znowu nam to zrobili - nagrali kilka dobrych piosenek, ale album niestety przeciętny.

Pamiętam pierwszy występ Brytyjczyków w naszym kraju, kiedy to w 2009 roku zagrali na Open'erze, ściągając do tamtejszego namiotu mnóstwo słuchaczy, nieźle znających piosenki z debiutanckiego krążka White Lies "To Loose My Life", co zresztą pozytywnie zdziwiło spiętych muzyków zespołu. Polacy wyśpiewywali teksty do kilku przebojowych numerów, przy innych grzecznie się bujali. Wspomniana płyta była bowiem zbiorem kilku udanych kawałków i wielu przeciętnych wypełniaczy. Podobnie rzecz miała się z płytą numer dwa, "Ritual" i - o zgrozo - to samo przytrafia się tercetowi przy okazji najnowszego wydawnictwa "Big TV".

Nie wiem skąd ta "konsekwencja" w ich działaniu. White Lies uparcie chcą wypuszczać nowe albumy raz na dwa lata - postanowienie niby chwalebne, ale wiąże się z ryzykiem braku odpowiedniej ilości dobrych kompozycji. O te szczególnie trudno, gdy zespół jest młody, ciągle niezbyt doświadczony, a w dodatku sporo koncertujący. Trójka z Ealing posiada jeszcze jedną wadę - ma niezwykle charakterystyczny sposób pisania kompozycji i ich aranżowania. "Cóż to za minus?" - spytacie. Ano taki, że większość numerów White Lies zlewa się w całość, a kolejne płyty wydają się cholernie powtarzalne. "Big TV" niby ma w sobie więcej cieplejszych dźwięków, gdzieniegdzie - jak choćby w miniaturkach "Space" - do głosu dochodzi jeszcze większa ilość elektroniki, niż do tej pory, ale i tak ma się wrażenie, że to już wszystko słyszeliśmy na poprzednich albumach. "Mother Tongue" ma refren aż kłujący w uszy podobieństwem do "To Loose My Life", "Change" i "Heaven Wait" powiela schemat "Nothing To Give" i przy okazji potwierdza, że ci panowie nie potrafią pisać dobrych ballad.

Niemniej, jako się rzekło, na "Big TV" nie brakuje kilku perełek, które sprawiają, że warto po ten krążek sięgnąć, choćby jeden raz. Mnie najbardziej podoba się singlowe "Getting Even" z wręcz znakomitym refrenem, bezbłędnie zaśpiewanym przez Harry'ego McVeigha, zmyślnie podzielonym na dwie części - nie mogę się zdecydować, która z nich jest lepsza. Bez problemu wkręcą wam się także refreny "There Goes Our Love Again" (powtarzane "I didn't go far" napędza utwór), zachwyci okraszony smykami (pewnie ciśniętymi z klawisza, ale jednak ładnymi) "First Time Caller" z melodią zupełnie niewhiteliesową.

Nie da się jednak ukryć, że mamy do czynienia z kolejnym materiałem White Lies, który jest - mówiąc kolokwialnie - niedorobiony. Ktoś musi tym zespołem wstrząsnąć, by przestał marnować swe talenty na nagrywanie albumów średnich - niech panowie zamkną się na rok w studiu, niech każą nam czekać na swoją nową płytę i z 5 lat. Ale niech to będzie wreszcie porcja hitów, na jakie ich stać.

Jurek Gibadło