Kup Magazyn Gitarzysta

LMO - Lingua Mortis Orchestra
Gatunek:

Metal

9 /10

Oremus, oremus, oremus pro paganis! In mortem, in mortem agnoscant veritatem! Niech żyje metal! Niech żyje orkiestra! Czy słyszeliście to wspaniałe dzieło, które właśnie wyszło spod skrzydeł Nuclear Blast?

Nikogo już nie dziwią  kombinacje metalu z orkiestrą. Muzyka metalowa powędrowała na tyle daleko, że dzisiaj trudniej znaleźć krystalicznych przedstawicieli gatunku, aniżeli zespoły, wśród których słychać wór inspiracji z szeroko rozumianej muzyki poważnej, jazzowej, popowej, elektronicznej, a nawet rapu. Świat nie oszalał. To naturalny kierunek ewolucji. Tak jak w modzie, w której coraz trudniej odróżnić spodnie męskie od damskich. Dlatego też samoistnie narodziły się takie gatunki w muzyce jak symfoniczny heavy metal. Wokół niego oscyluje album zatytułowany "LMO", a więc rezultat współpracy niemieckiego Rage z pociągająco brzmiącą w nazwie Lingua Mortis Orchestra.

Inicjatywę do napisania tego albumu bez wątpienia wykazali niemieccy klasycy gatunku. Cały materiał jest bowiem autorstwa Peavy Wagnera i Victora Smolskiego. Wszystkie słowa napisał ów księżycowłosy wokalista. To być może jego dzieło życia. Nie tylko dlatego, że wykorzystując historię masowych spaleń kobiet na stosie przemycił ważne przesłanie o ryzyku, jakie niesie ślepa wiara. Peavy na tym krążku powiedział: "Hej, w XV i XVI wieku zabijano tzw. wiedźmy w imię religii, jak można zabijać w imię Boga?". To pytanie jest jak najbardziej aktualne w naszych czasach. Tyle, że owe rzekome wiedźmy przybrały zupełnie inne formy i kształty. Niemniej na tym albumie frontman Rage zaprezentował również znakomity zestaw wokali. Wspaniałe partie rozciągnięte pomiędzy wzruszającym (!) śpiewem a charakternym heavy metalowym zadziorem to ukoronowanie twórczości muzyka z Herne. Brzmi to wszystko jeszcze lepiej w towarzystwie wybornego sopranu Dany Harnge i kuszących wokali Jeannette Marchewki. Szczególnie spodobały mi się liczne dialogi wokalistów, nie tylko wyśpiewane, ale również wypowiedziane. Ile w tym muzycznego czary mary!

Jednak nie tylko o przesłanie i wysoki poziom wokal na "LMO" chodzi. O granice doskonałości otarła się oprawa dźwiękowa. Znaleźć tu można niemal wszystko. Szokująco dla mnie wybrzmiał utwór pt. "Oremus", który przywołał kojarzenia z... Pink Floyd z czasów "The Division Bell". To nie jest żart! Te pociągnięcia strun niczym w "Marooned", ta wolność żywcem wyrwana z "A Great Day for Freedom". Choć to przyjemne skojarzenia, "Oremus" nie stanowi clou płyty. Wszak "LMO" to ciskające w siebie piorunami heavy metalowe strzały z subtelnymi aranżacjami Orquesta Barcelona Filharmonia pod batutą Daniela Antolí i Plaza. A jakby było mało, w gronie zaproszonych gości jest.. Inspector Symphony Orchestra pod batutą Andrei Zubricha. Trudno było czasem w tym oceanie niezliczonych pomysłów się odnaleźć. Fani heavy metalu przypomną sobie o genezie Rage w takich numerach jak "Scapegoat" i "The Devil’s Bride", ale w zasadzie cały krążek został utrzymany w nieprzejrzystej wielowątkowej strukturze. Szaleństwem byłoby próbować klasyfikować takie giganty jak "Cleansed by Fire" albo "Eye For An Eye". Poniekąd można tam odnajdywać siłę najbardziej rozbudowanych przebojów Nightwish, ale tylko poniekąd (może w sopranach Harnge?), bo "LMO" to absolutnie unikalna tożsamość.

Na tym ostatnim słowie chciałbym się zatrzymać, bo i o tożsamość tutaj chodzi. Kto wcześniej przypuszczał, że w kompozycjach z udziałem Rage będą przemykały skrzypce niczym świetliki w noc świętojańską? Kto wróżył zatwardziałym Niemcom wrażliwość ukrytą w kolejnych klawiszach fortepianu albo dźwięki fletu witające się z gitarą Smolskiego niczym Gierek z Breżniewem w 1974 roku? Ja nie! Pomimo różnych pomysłów na twórczość nie przypuszczałem, że Rage osiągnie taki poziom wrażliwości. Wow! Jestem pod wielkim wrażeniem.

Wypadałoby napisać jakąś zgrabną puentę. Podsumować zestaw wrażeń z odsłuchu przeszło godziny "LMO". Albumu, w którym zamierzam utopić się w kolejnych tygodniach. Może ograniczę się do prostego acz mówiącego wszystko słowa: więcej!

Konrad Sebastian Morawski