Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Ashes Of Ares

Ashes Of Ares - Ashes of Ares

Ashes Of Ares

Wykonawca:

Ashes of Ares

Gatunek:

Heavy metal

8 /10

Wygnańcy metalu utworzyli formację Ashes of Ares. Dlaczego wygnańcy? Matt Barlow dwukrotnie rozstawał się z Iced Earth, Freddie Vidales w tym zespole wytrzymał cztery lata, a kariera Vana Williamsa stanęła pod znakiem zapytania, gdy na krawędzi upadku znalazł się Nevermore.

Jednak to nazwy tych dwóch legend amerykańskiego heavy i power metalu służą promowaniu pierwszego krążka Ashes of Ares. Nie ma w tym nic dziwnego, bo nawet jeśli Vidales nie zapisał się jakoś szczególnie w pamięci fanów Iced Earth, to zasługi Barlowa dla tej kapeli, jak i Williamsa dla Nevermore są ważne, choć nie fundamentalne pod względem kompozytorskim. Może właśnie z tego powodu trio tworzące Ashes of Ares chce udowodnić, że potrafi tworzyć znacznie więcej, niż pod przykrywką talentu Jona Schaffera albo Warrela Dane’a i Jeffa Loomisa. Taka rywalizacja elektryzuje wyobraźnię, ale to zdrowe zawody. Ku chwale metalu. Zresztą Jeff Loomis umieścił na tym krążku efektowną solówkę gitarową do utworu "Punishment". Wśród pozostałych gości obecność klawiszy zaznaczyli Kris Rodgers i Jim Morris, a jeszcze jedno solo do "Chalice Of Man" dołożył Gio Geraca. W sumie otrzymaliśmy około pięćdziesięciu minut muzyki rozłożonej na jedenaście kompozycji, choć trzeba zauważyć, że "The Answer" znalazł się w trackliście w dwóch wersjach.

Po zderzeniu z tym materiałem uważam, że z pierwszego albumu Ashes of Ares można dużo wydobyć. Nad całością unosi się aura power metalu, co biorąc pod uwagę dotychczasową karierę twórców zespołu nie powinno wcale dziwić, ale byłoby dużym uproszczeniem rozprawianie o Ashes of Ares wyłącznie w optyce tego gatunku. Panowie wygnańcy postanowili najwyraźniej przypomnieć współczesnemu pokoleniu słuchaczy metalu, że istniała kiedyś kalifornijska scena thrashowa Bay Area. Trudno inaczej równać riffy gitarowe Vidalesa w "Move The Chains", "Chalice Of Man" i "What I Am" niż do klasyków gatunku. Ogień i agresja. Niemniej Ashes of Ares to także niemała dawka spokojnego, czasem wręcz balladowego grania, choć pomijając akustyczną wersję "The Answer" owe inklinacje balladowe znajdowały na ogół przeciwwagę w urozmaiconym i żyjącym w trakcie utworów instrumentarium Vidalesa i Williamsa. Nie ma tu mowy o przebojowości, ale też nie ma szans, by złapać muzyków na schematyczności. To samo, jeśli weźmiemy pod uwagę rolę Barlowa. Skala byłego wokalisty Iced Earth, od charakterystycznych power metalowych wysokości, przez solidny thrashmetalowy wokal ku flirtowi z growlem, wciąż robi wrażenie.

Wspominany wokalista zarejestrował też jedną wokalizę, która znalazła się w najważniejszym utworze Ashes of Ares, ewentualnie jednym z dwóch najważniejszych. Chodzi o "Dead Man's Plight". Kawałek z pozoru zaledwie solidny. Do połowy poprowadzony pomiędzy heavy a thrash metalem, a następnie kapitalnie złamany gitarą Vidalesa. Wow! Świetna solówka, która nastąpiła po tych kilku bardzo efektownych chwytach gitarowych była konsekwencją niebanalnej struktury tego krótkiego acz znakomitego numeru. Nic dziwnego, że trafił na singla. Druga kompozycja ilustrująca umiejętności Ashes of Ares to quasi ballada "On Warrior's Wings". Nie chodzi wyłącznie o inteligentne parabolicznie rozłożone instrumentarium i świetną solówkę gitarową "na schodkach", ale też o bardzo osobistą wymową utworu. To dedykacja i hołd Barlowa dla zmarłego kolegi ze służby policyjnej Chada Spicera. To nie jest sposób na ściganie się z emocjami wokalisty, ale wspaniała możliwość, aby usłyszeć jaką siłę potrafi z siebie wydobyć po czterdziestce.

Charakter albumu dobrze odzwierciedliła oprawa graficzna. Siła tkwi w prostocie. Muzyka Ashes of Ares rozpala do czerwoności i pozostawia w popiołach. Przynajmniej takie było założenie, i udało się je niemal bezbłędnie zrealizować. Oby to nie był ostatni krążek Ashes of Ares, bo wcale nie popioły, a żar metalowego ognia spowił trio wygnańców. Porządny materiał.   

Konrad Sebastian Morawski