Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Satyricon

Satyricon - Satyricon

Satyricon

Wykonawca:

Satyricon

Gatunek:

Black metal

6 /10

"Zatytułowanie tego albumu ‘Satyricon’ było najbardziej oczywistą rzeczą na świecie. Nigdy wcześniej nie nagraliśmy płyty, która w podobny sposób oddawała ducha zespołu". Tak mówił Satyr w przededniu premiery ósmego albumu swej formacji.

I w pewnym sensie miał rację. Niestety nie w takim, w jakim chciałbym interpretować jego słowa. "Satyricon" jest bowiem krążkiem zadziwiająco marnym, choć zdecydowanie trafniejszymi określeniami byłyby przymiotniki: blady, nijaki, mdły, a jeszcze lepiej: rozlazły. Szkoda, że ta przypadłość dotknęła albumu, który zgodnie z symbolicznym tytułem miał być swoistym podsumowaniem wieloletniej kariery Norwegów. Szkoda, choć to właściwie tylko mój problem, że przy okazji dotyczy to także zespołu, który od zawsze będąc jednym z moich faworytów, nigdy dotąd mnie nie zawiódł. Cóż, everything is falling apart, jak powiedział kiedyś Tyler Durden.

Satyr i Frost zaczęli w górach i lasach Matki Północy, skąd na "Rebel Extravaganza" dotarli na ówczesny szczyt blackmetalowej awangardy. Spłoszeni własną odwagą, a może kierowani świadomością, że sztuka ta drugi raz im się nie powiedzie, uprościli dźwięki, odkurzyli albumy Celtic Frost i dorzucili do swej twórczości nieco rock'n'rollowych pierwiastków. Dzięki tym zabiegom wspięli się na przebojowe i komercyjne wyżyny, uzyskując status mega gwiazdy gatunku. Po premierze "The Age of Nero", który jednak sprzedawał się już słabiej i nie powtórzył sukcesu wypakowanego po brzegi hitami "Now, Diabolical", Satyr musiał zdać sobie sprawę, że w końcu doszedł do ściany. "The Age of Nero" rzeczywiście delikatnie sygnalizował kryzys, ale niesiony energią i chwytliwością poprzedniego albumu, bez większych komplikacji przetaczał się po uszach słuchaczy. Trzeba było jednak opracować jakiś plan działania i decyzja podjęta przez frontmana - absencja od twórczości studyjnej - wydawała się słuszna i mogła budzić nadzieje na kolejne, nowe, a może nawet w pewnym sensie ekscytujące otwarcie Satyricon.

Niestety, "Satyricon" trudno traktować jak nowe otwarcie. Ani tym bardziej ekscytujące. Ekscytujący Satyricon to dziś oksymoron. Nowy wypiek Norwegów jest raczej kompilacją znanych i ogranych patentów, przy tym nie tyle kiepskiej jakości, co podanych w wyjątkowo nieprzekonujący i niemrawy sposób, a do tego garstka nowych, choć niestety chybionych pomysłów. Kilkuletnia przerwa, która przecież nie dotyczyła działalności koncertowej, najwyraźniej mocno zmęczyła muzyków, bowiem krążek nie ma w sobie nawet krzty dawnej energii, testosteronu czy agresji. "Satyricon" jest kwadratowy jak kostka Rubika i drewniany niczym ‘aktorstwo’ jedynego w swoim rodzaju Pawła Deląga.    

Nie ma sensu rozwodzić się nad słabiutkim instrumentalnym "Voice of Shadows", otwierającym album, bo choć ma on w sobie tyle wdzięku i powera, co zamroczony żółw i zawiera wszystkie elementy drażniące, obecne w pozostałej części "Satyricon", trwa (na szczęście!) tylko dwie i pół minuty. Co więcej, melancholijny "Tro og kraft", nie tylko dzięki tekstowi w języku norweskim, który sprawdza się tu doskonale, przynosi delikatne reminiscencje najstarszego okresu twórczości zespołu i okazuje się jednym z najlepszych momentów na albumie w ogóle. Dalej niestety jest już tylko gorzej.  

Zbudowane na kolekcji autocytatów kawałki, takie jak "Nocturnal Flare", "Walker upon the Wind" czy "Nekrohaven", radzą sobie jeszcze jako tako, choć zasadniczo wyglądają jak brzydsi i mniej lotni kuzyni utworów z trzech poprzednich płyt. Mniej atrakcyjni i z brakami w uzębieniu - ten drugi wyposażono w nudnawy "klimatyczny" fragment, mający chyba za jedyne zadanie rozciągnąć go do przyzwoitych pięciu minut, w trzecim zaś powtarzający się refren i melodyjny wtręt gitary pasują do całości jak wół do karety. Na zupełnie przeciwnym biegunie leży "Phoenix". Usytuowany dokładnie pośrodku płyty, zarejestrowany z Sivertem Høyemem odpowiedzialnym za czyste wokalizy, stanowi oczywiście główny punkt sporu krytyków i zwolenników "Satyricon". A przy okazji, jest papierkiem lakmusowym rzekomej prawdziwkowatości fanów zespołu. Podział jest prosty i można go streścić następująco: komu nie podoba się ów twór z gatunku "Katatonia-wannabe" jest po prostu twardogłowym bucem, zamkniętym na wizjonerstwo Satyra. Niech będzie, nic nie poradzę, że całkowicie odrzuca mnie niespotykane dotąd tandeciarstwo tego kawałka, któremu jednak nie mogę odmówić jednego: pozostawia w umyśle ślad swej słodyczy, przyciąga uwagę i, co najważniejsze, wywołuje dyskusję.

Nie można tego powiedzieć o pozostałych kawałkach, tak nijakich i niewyraźnych, że słuchacz z miejsca zapomina o ich istnieniu. Ciągnących się, rozmemłanych i niemożliwie nudnych, bez cienia iskry bożej. W niektórych momentach bardzo boleśnie słychać, że ani Satyr ani Frost, nie są po prostu stworzeni do tego rodzaju grania. Zwłaszcza Frost, który z uporem maniaka wrzuca swą markową podwójną stopę wszędzie gdzie się da, nawet w te bardziej atmosferyczne fragmenty, wymagające przede wszystkim wyczucia i finezji. Kwintesencją niemocy twórczej Satyricon jest niemal ośmiominutowy "The Infinity of Time and Space", usytuowany prawie pod sam koniec krążka. To oczywiście powtórka zabiegu z trzech ostatnich materiałów, które zamykane były najdłuższymi i najbardziej epickimi kompozycjami, tj. "Den Siste", "To the Mountains" i "Black Lava". Niestety, "The Infinity of Time and Space" jest ledwie bladym cieniem wspomnianych wyżej utworów. Podobnie, jak Satyricon AD 2013 jest ledwie zmęczonym cieniem samego siebie.     

"Only after disaster can we be resurrected". To znów Tyler Durden, który i tym razem ma rację. Mam nadzieję, że "Satyricon" pozostanie tylko wypadkiem przy pracy, nie stając się zwiastunem trwałej tendencji spadkowej. Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że wierzę w to w 100 procentach.

Szymon Kubicki