Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Dying Alive

Dying Alive - Kreator

Dying Alive

Wykonawca:

Kreator

8 /10

Chwilę po premierze albumu "Phantom Antichrist" muzycy Kreatora dowodzeni przez niezmordowanego Millanda Petrozzę wyruszyli w międzynarodową trasę pod nazwą "Death To The World". Jednym z jej rezultatów jest materiał zarejestrowany podczas koncertu w Oberhausen. Był antychryst, była śmierć, jest umieranie na żywo.

Od jakiegoś czasu krążą opinie, że muzycy niemieckiej formacji dopiero na koncertach osiągają ekstraklasę (Bundesligę?) swoich możliwości, podczas gdy w studio na ogół trzymają się utrwalonego rzemiosła. Nie zagłębiając się specjalnie w słuszność takich twierdzeń trzeba przyznać, że Kreator po porządnym albumie studyjnym wydanym w ubiegłym roku, zaoferował swoim fanom równie udane wydawnictwo koncertowe. Nie mam wątpliwości, że "Dying Alive" zachwyci fanów legendy niemieckiego thrash metalu. Tym bardziej, że jest to dopiero drugi album koncertowy w przeszło trzydziestoletniej historii zespołu. Tyle, że wydany w 2003 roku "Live Kreation" był zrzutką utworów nagranych w różnych miejscach podczas trasy w 2001 i 2002 roku. Wtedy brak spójności, fragmentami nawet chaos, nadrabiały wielkie hity niemieckiego zespołu nagrane w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wtedy też muzycy Kreatora promowali słynny album pt. "Violent Revolution" z 2001 roku. Zatem siłą rzeczy ówczesny set musiał łączyć klasyczne nagrania zespołu z utworami zarejestrowanymi już w XXI wieku.

Podobnie sprawy się mają z "Dying Alive". Gig z Oberhausen to z jednej strony solidny zestaw utworów wyjętych z "Phantom Antichrist", a z drugiej swoista podróż w przeszłość po kilku absolutnych hitach zespołu. Kreator ze swojej ostatniej płyty zagrał sześć kawałków, dosyć liczną reprezentację stanowiły też numery z jeszcze nieogranego na koncertach "Hordes of Chaos" z 2009 roku, zaproponowano też utwory z innych albumów symbolizujących współczesną twórczość Kreatora, a więc "Enemy of God" z 2006 roku oraz "Violent Revolution" z 2001 roku. Poza tym zespół przypomniał swoim fanom lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte, serwując klasyki w stylu "Endless Pain" "Pleasure To Kill", "Extreme Aggression" i "Phobia". Łatwiej będzie wymienić albumy, którego do setu w Oberhausen nie dostarczyły żadnego utworu. Wśród nich "Terrible Certainty" z 1987 roku, "Renewal" z 1992 roku, "Cause for Conflict" z 1995 roku oraz "Endorama" z 1999 roku. W ten sposób kompromisowo rozwiązano możliwy konflikt między intencją zespołu i wytwórni w promowaniu nowego materiału, a oczekiwaniami fanów chcących usłyszeć klasyczne nagrania kapeli.

Utwory zabrzmiały soczyście i porywająco. Instrumentaliści zespołu zasypali niemiecką publiczność seriami riffów, solówek gitarowych i potężnej perkusji. Nie brakło też miejsca na charakterystyczną refleksję w stylu Kreatora próbującego skutecznie ścigać się z klasykami amerykańskiego thrashu. Niektóre zagrywki gitarowe muszą budzić naturalne skojarzenia z Bay Area. Kilka utworów zostało też rozciągniętych w improwizacyjnym stylu, które ten w zasadzie agresywny materiał uczyniły kąskiem dla fanów koncertowych mutacji klasycznych kompozycji. Myślę tu przede wszystkim o kapitalnym "Violent Revolution". Natomiast ilustracją rzeźnickiego thrashowego stylu formacji może być "Enemy of God". Celowo nie chcę wymieniać najstarszych utworów niemieckiej legendy by oddać hołd współczesnym pomysłom Kreatora, choć kombinacja "Flag of Hate" z "Tormentor" urywa głowę, a wściekły "Extreme Aggression" potwierdza opinię zawartą w drugim akapicie tej recenzji. Jest tego więcej, tak wśród klasycznych nagrań zespołu, jak i numerów zarejestrowanych w obecnym stuleciu.

Mierząc się z "Dying Alive" nie sposób pominąć roli tradycyjnie świetnego na wokalach Petrozzy, który też utrzymywał znakomity kontakt z niemiecką publicznością. Zadanie miał znacząco ułatwione, bo śpiewał właściwie u siebie w Nadrenii Północnej-Westfalli. Publika dała się porwać szczególnie klasycznym utworom, ale też poczuła klimat świetnego "Enemy of God", który przecież swego czasu był odbierany dosyć chłodno. Myślę, że potencjał koncertowy "Phantom Antichrist" jest wystarczający, aby za kilka lat Kreator porywał też utworami z tego albumu. Moim zdaniem najlepiej pod tym względem zaprezentowały się "Civilization Collapse" i "United in Hate". To asy atutowe koncertowego Kreatora w obecnym wcieleniu. Dobrze też było usłyszeć, gdy Petrozza wyklął wszystkich polityków chwilę przed rewelacyjnym "Betrayer" z 1989 roku. Frontman Kreatora wyklinał po angielsku, choć w kontakcie z publicznością w Oberhausen towarzyszył mu kolczasty niemiecki. Warto dodać, że wiodącą część koncertu tworzy pierwszy krążek dwupłytowego "Dying Alive", zaś na drugim znalazły się zarówno dodatki do występu w Oberhausen, jak i bonusy nie mające nic wspólnego z tamtym wieczorem, ale wyjęte z trasy "Death To The World".

Wybór Oberhausen do rejestracji koncertu nie był przypadkowy. Wszak zdecydowano się na taki krok nie tylko z tego powodu, że materiał zabrzmiał świetnie, ale pewną rolę odegrała też data gigu. Muzycy Kreatora set w Oberhausen zagrali 22 grudnia 2012 roku. Wtedy miał nadejść antychryst, a światem miała zawładnąć śmierć. Zespół wraz ze swoimi fanami miał umierać na żywo. Nic z tego nie wyszło, ale może to lepiej, ponieważ formacja ma zaklepane mnóstwo terminów podczas Legends Of Thrash Tour 2013. Koniec świata może poczekać. Szczególnie gdy Kreator jest w tak dobrej formie.

Konrad Sebastian Morawski