Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Mechanical Bull

Mechanical Bull - Kings Of Leon

Mechanical Bull

Wykonawca:

Kings Of Leon

Gatunek:

Indie rock

6 /10

Kings Of Leon nie spadli z byka, ale ich rodeo nie jest też przesadnie imponujące.

Formacja rodziny Followill dotarła do takiego punktu kariery, z którego wszyscy mogą ich podziwiać. Ale i obrzucić pomidorami. Kocha się ich, bądź nienawidzi. Ich piosenki poruszają, bądź wkurzają. I mimo rocznej przerwy w działalności, mimo ustatkowania się w życiu osobistym przez większość członków zespołu, po "Mechanical Bull" słychać, że Kings Of Leon nadal są spięci.

Co ich tak stresuje? Ano cel, który sobie postawili po oszałamiającym sukcesie piosenki "Sex On Fire" i albumu "Only By The Night" - dotrzeć na pierwsze miejsce notowania "Billboardu" (oczywiście, teraz panowie zaprzeczają tym słowom). W momencie pisania tej recenzji jeszcze nie wiem, czy im się udało, ale życzę im tego z całego serca. Chcę bowiem, by mieli w sobie tyle luzu, co za czasów mojego ulubionego "Aha Shake Heartbreak".

Gdyby jednak spojrzeć na szósty krążek Kings Of Leon jedynie przez pryzmat zawartości muzycznej, na szczyt zdecydowanie nie zasłużyli. Mamy bowiem do czynienia z materiałem boleśnie nierównym i śmiem twierdzić, że owa niestabilność wynika właśnie z napinania się na zostanie numerem jeden na świecie. "Supersoaker" - singel niby w porządku, ma w sobie rockowy pęd, ale każdy szanujący się fan muzyki gitarowej poczuje, że ten numer jest aż nadto ugłaskany, wypolerowany pod stacje radiowe i przeciętnego zjadacza muzyki. A nie można by tak postawić - na ten przykład - na zadziorne, brudne "Don't Matter", z pierwszorzędną solówką Matthew? Kwartetowi wyraźnie brakuje na to odwagi.

"Mechanical Bull" przynosi nam sporo numerów po prostu słabych - za taki nie sposób nie uznać "Beautiful War", jedno z najnudniejszych pięciu minut tego roku spędzonych przeze mnie przy głośnikach. Wlecze się to, męczy rozmemłanym motywem i niebyt pociągającym wokalem Caleba. Jedynie Jared daje radę cieplutkim dudnieniem swojego basu, ale to nie nowość - na tego faceta zawsze można było liczyć. Odruchem wymiotnym kończy się obcowanie z "Comeback Story", nieznośnie słodkim numerem, nawet jak na standardy amerykańskiego wcielenia indie-pop-rocka.

Ale nie chcę, by ta recenzja miała jednoznacznie negatywny wydźwięk. Na "Mechanical Bull" znajdziemy bowiem wiele kawałków, które potwierdzają, że Kings Of Leon doskonale wiedzą, jak zaproponować nam hit, który zaśpiewa cały stadion, a jednocześnie ucieszy fana dobrego, rockowego grania. Obok wspomnianego "Don't Matter" wyróżniłbym także przestrzenne, rozpędzone "Temple", zawadiackie "Rock City", bluesujące "Family Tree" (przysłuchajcie się wyraźnie wokalom, szczególnie nieco ukrytemu w miksie buczeniu Caleba - good one!) i rzewne, folkowe "On The Chin.

Wymienione numery dowodzą, że drużyna Followillów ma jeszcze przed sobą naprawdę wielki album. Wystarczy, by olali durne Billboardowe marzenia i by zrozumieli, że teraz nie "muszą", ale "mogą". Czego wam i sobie życzę.

Jurek Gibadło