Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / An Acoustic: Live In London

An Acoustic: Live In London - Skunk Anansie

An Acoustic: Live In London

Wykonawca:

Skunk Anansie

Gatunek:

Rock

7 /10

Skunk Anansie wrócili na poważnie - to wiemy już od jakiegoś czasu. Ale to, że członkowie zespołu mogą się w niego tak bardzo zaangażować, tego chyba się nie spodziewaliśmy.

Z powrotami bywa bowiem różnie - najczęściej stanowią jedynie odtworzenie dotychczasowej twórczości, bazują na miłości starych fanów, brak w nich poszukiwania nowych środków wyrazu. Pod tym względem Brytyjczycy są wyjątkowi - obie płyty studyjne po reaktywacji są świadectwem dojrzałości zespołu, który nie okopał się na sprawdzonej pozycji i nie ma ochoty nigdzie się ruszać. Skunk Anansie szuka, kombinuje, sięga po nowe środki wyrazu i te wycieczki doprowadziły formację do płyty akustycznej.

Materiał bez prądu (i to w dodatku nagrywany na żywo) to prawdziwy probierz klasy muzyków: tu nie ma miejsca na potknięcia, nie przykryjesz ich ryczącym brzmieniem czy nakładkami. To także sprawdzian dla piosenek: jeśli kawałek jest dobry, poradzi sobie i w takiej wersji. Po wysłuchaniu "An Acoustic: Live In London" chcę ogłosić, że Skunk Anansie egzamin zdał.

W kwietniu tego roku w sali Cadogan Hall w Londynie kwartet zagrał swój pierwszy w karierze koncert akustyczny, prezentując 18 piosenek ze wszystkich etapów swojej działalności. Zaproponowane wersje praktycznie niczym nie zaskakują: "I Believed In You" jak było zadziorne w oryginale, tak jest i teraz, "Squander" jak łamał serca na "Smashes and Trashes", tak czyni to i tutaj. Tak naprawdę jedyną znaczącą różnicę czynią tu rozbudowane partie smyków, które jeszcze podbijają i tak już podniosły charakter "I Hope You Get To Meet Your Hero". Oczywiście, nie spodziewałem się tu tak wywrotowych wersji klasyków, jakie zaprezentował chociażby Hey na "MTV Unplugged", ale uważam, że Skunk Anansie mogli się trochę bardziej postarać.

Nie zmienia to jednak faktu, że "An Acoustic: Live In London" czaruje atmosferą i idealnym intymnym brzmieniem. Akustyczne gitary delikatnie pieszczą nasze uszy, bas Cassa uroczo dudni w tle, a Skin udowadnia, że świetnie odnajduje się także i w subtelnych klimatach, doskonale panuje nad swoim głosem, wie kiedy być zmysłową, a kiedy przyłożyć do pieca, by wyśpiewywana fraza nabrała rumieńców. Posłuchajcie "Charity", a zrozumiecie o co mi chodzi. Na plus trzeba policzyć zespołowi także sięgnięcie po "You Do Something To Me" Paula Wellera. Co ciekawe to pierwszy cover w historii Skunk Anansie! Skin śpiewa go z równie wielką pasją, co jej starszy kolega, a kapela pokazuje, że i w wersji gitarowej ta niezwykła piosenka broni się doskonale.

"An Acoustic: Live In London", jak już wspomniałem, nie jest materiałem tak zaskakującym, jak być powinien, ale jednocześnie udowadnia, że ta czwórka cały czas ma coś do powiedzenia. I to nie głupio gada!

Jurek Gibadło