Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Hard Truckin' Rock

Hard Truckin' Rock - Leash Eye

Hard Truckin' Rock

Wykonawca:

Leash Eye

Gatunek:

Hard rock

9 /10

Jest Leash Eye, jest impreza. Wielka metal n’rollowa impreza!

Myślę, że gdyby w okresie najgłębszej komuny wysłać do Moskwy zapakowanych w ciężarówce muzyków Leash Eye, to towarzysze radzieccy wystrzeliliby się razem z Łajką w kosmos. Bezpowrotnie. Wszak absolutne szaleństwo zaoferowali na swoim trzecim albumie warszawscy poskramiacze hard rocka, heavy metalu i jeden Bóg wie czego jeszcze. "Hard Truckin’ Rock" to konkretny strzał w twarz i najlepszy dowód na to, że ciężarówka Leash Eye zmierza w dobrym kierunku. Bez żadnych pytań i kompromisów materiał startuje z "Fight The Monster". To utwór dynamit, soczysty i ciężki, fragment soundtracku do podróży autostradą. Gdyby powstał trzydzieści kilka lat temu, uciekałby razem z Burtem Reynoldsem. Nie bierze jeńców, choć zaskakuje wyjątkowo uległą solówką gitarową.

Zaskoczeń na "Hard Truckin’ Rock" jest znacznie więcej, ale do takich nie należą kolejne metal n’rollowe odsłony imprezy prowadzonej przez Leash Eye. Chodzi mi o takie numery jak "Me & Mr. Beam", "S.B.F. Anthem" albo "The Drag". To moim zdaniem logiczna kontynuacja pomysłów zawartych w "Fight The Monster". Bez wytchnienia na instrumentach, szybko, ciężko i przy zachowaniu standardów, nad którymi od kilku lat pracują muzycy Leash Eye. Jakkolwiek tego nie nazwać - metal n’roll, crossover, wykurw po polsku - warszawscy muzycy niezwykle przekonująco balansują pomiędzy hard rockiem i heavy metalem. Czerpią garściami ze sludge, southern i stoner metalu, a przekładając to na język konkretu: zasuwają, grają ciężko i klimatycznie, nie tracąc przy tym autentyczności. Wiodąca część "Hard Truckin’ Rock" stanowi odzwierciedlenie tych słów.  

Jeśli wcześniej pisałem o utworach dynamitach to trzeba też wspomnieć o czołgach. To porównanie akurat nie licuje z okładką trzeciego albumu Leash Eye, ale trudno nie mówić tak o klimacie "The Nightmare Ain’t Over" i "On The Run", które charakteryzują się powolnym i prowadzonym ciężkimi riffami klimatem. Uff! Jak wcześniej wspomniałem, na "Hard Truckin’ Rock" znalazło się sporo zaskakujących momentów, dzięki którym krążek tylko zyskuje. Odsłania fragmenty mało dotąd znanego oblicza Leash Eye. W jaki bowiem sposób rozpatrywać piękną piaskową balladę "Never Enough"?

Cechą charakterystyczną "Hard Truckin’ Rock" jest również sposób komunikacji muzyków z fanami. Nie jest to wydawnictwo koncertowe, ale kilka komunikatów od będącego w znakomitej formie wokalnej Sebba zostało zaadresowanych ewidentnie do fanów Leash Eye. Można odczuć na własnej skórze, że muzycy warszawskiego zespołu włożyli w ten krążek kawał serducha, bo oprócz znakomitej muzyki pomyśleli też o swoich fanach. Wypada też wspomnieć o indywidualnych popisach Opatha, Konara, Voltana i Mareckiego serwujących prawdziwe popisy gitarowe, basowe, perkusyjne i klawiszowe. Pomimo że materiał brzmi bardzo spójnie, szeroka paleta pomysłów przemyconych do tego albumu, robi wrażenie.

Veni, Vidi... Hard Truckin' Rock? Biorąc pod uwagę tytuły wcześniejszych wydawnictw, złośliwi powiedzieliby, że muzycy Leash Eye nie doczekali zwycięstwa. Złośliwych rozjedzie jednak zawartość "Hard Truckin’ Rock", bo to rewelacyjny album. Tylko dlatego nie dostał ode mnie maksymalnej oceny, bo nie usłyszałem aby choć jeden samolot rozbił się w "Twice Betrayed".

Konrad Sebastian Morawski