Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Vapor Trails Remixed

Vapor Trails Remixed - Rush

Vapor Trails Remixed

Wykonawca:

Rush

9 /10

"Vapor Trails" z 2002 r. był pierwszym albumem wydanym po sześcioletniej przerwie w działaniu zespołu Rush. Powodem tak długiego zawieszenia studyjnej pracy kanadyjskiego tria była tragedia w rodzinie Neila Pearta.

W sierpniu 1997 roku w wypadku samochodowym zginęła dziewiętnastoletnia córka perkusisty, a niecały rok później na raka zmarła jego żona. Muzyk potrzebował wyciszenia, które przyniosła mu dopiero kilkumiesięczna podróż motocyklem po Stanach Zjednoczonych. Wielu wieściło koniec Rush, Geddy Lee miał natomiast powiedzieć: "Po prostu nie zmienia się członka rodziny, kiedy spotyka go nieszczęście (...) Rush to nasza trójka. Jeżeli któregoś zabraknie, skończy się Rush". Peart jednak poukładał sobie życie i wrócił do składu grupy, która nagrała wtedy "Vapor Trails".

Nie jest to może największe dokonanie Rush, muzycznie zresztą album prezentuje się co najmniej ciekawie, ale na pewno nie wybitnie. Największym problemem "Vapor Trails" było jednak brzmienie. Krytycy podają często płytę jako wzorcowy przykład tzw. "loudness war", podnoszenia głośności dźwięku do maniakalnych nieomal granic, przez co dochodzi do kuriozalnej sytuacji, gdzie muzyka przekształca się w harmider, z którego ciężko wyłapać grę poszczególnych instrumentów. Nawet Lee przyznał: "Wydaje mi się, że brzmi okropnie". Ciężko nie dosłyszeć, że gitary i wokal są zdecydowanie wysunięte przed perkusję, podczas masteringu za bardzo podkręcono gałki głośności, co spowodowało zagłuszenie popisów Neila Pearta, który, chociaż za zestawem dwoi się i troi, jest mało słyszalny. Cierpi na tym dynamika utworów, ale i klarowność całości. Druga sprawa, to fatalne brzmienie basu, gdzie warsztat wykonawczy zmienił się w nieznośne popierdywanie. Płyta przypominała bardziej granie garażowe, niż album trzech wybitnych wirtuozów swoich instrumentów.

Po jedenastu latach postanowiono wreszcie odświeżyć "Vapor Trails". Produkcją zajął się David Bottrill. Słuchając na przemian wersji pierwotnej i tej zremiksowanej doskonale słychać, jak ta obecna zyskała nową jakość. Przede wszystkim utwory nabrały rushowej dynamiki. Brzmienie stało się krystalicznie czyste i selektywne. Wyciszono gitary i wokal dostosowując je w idealnych proporcjach do perkusji - Peart nie walczy wreszcie z wiatrakami, bo jest fantastycznie słyszalny. Zbicie poziomu głośności sprawiło, że można wyłapać każdą zagrywkę basu, nie brzmiącego już jak nieznośne, zlewające się w jeden dźwięk buczenie. Wypada więc zgodzić się z Lee, że "każda piosenka nabrała nowego życia".

Nieprzypadkowo rozmawiamy tu wyłącznie o stronie brzmieniowej, sama muzyka jest dobrze znana, a dzięki remiksowi udowodniono jak wielkie znacznie ma proces produkcji na wartość czysto muzyczną - szczególnie gdy mówi się o takich wirtuozach jak kanadyjskie trio. Ocena również odnosi się tu wyłącznie do strony technicznej remasterigu. Album zyskał kopa, został podładowany i podrasowany iście perfekcyjnie. Ci, którzy jedenaście lat temu narzekali na brzmienie "Vapor Trails" teraz mogą rozkoszować się krystalicznym dźwiękiem wersji zremiksowanej. Nareszcie.

Grzegorz Bryk