Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Loud Like Love

Loud Like Love - Placebo

Loud Like Love

Wykonawca:

Placebo

Gatunek:

Rock

5 /10

Będą wam mówić, że na nowej płycie Placebo nie znajdziecie nic nowego i że Brian Molko znowu sprawia wrażenie podstarzałego szczeniaka. I będą mieli rację.

Sądzę, że dla wielu obecnych dwudziestokilkulatków Placebo było niezwykle ważnym zespołem w okresie gimnazjum-liceum. Pełne smutku i melancholii płyty, zagubiony w wielkim świecie nadwrażliwy lider, wraz z basistą nakręcający ideologię gender, przy okazji śpiewający o nieudanej miłości. Ludziom przechodzącym przez burzę hormonów ciężko było się oprzeć takiej muzyczno-lirycznej ofercie. Tyle że my - w większości - dorośliśmy, a Molko i koledzy jakby nie do końca.

Niech nikogo więc nie zmyli pozornie ciepła melodia "Too Many Friends" (skądinąd Placebo właśnie dorobiło się swojego wcielenia słynnych Czterech Akordów) i tekst wydający się przystawać do współczesności (acz wyśpiewywany przez 40-latka brzmi troszkę pokracznie) - trio nie ruszyło się ani o centymetr. Nawet rozświetlony, pozytywny numer tytułowy to tylko zasłona dymna przed kolejnymi utworami, które spokojnie mogłyby się znaleźć na którejś z poprzednich płyt…

Zespół niezmiennie podchodzi do melodii i aranżacji: "A Million Little Pieces" to idealny przykład smętnej rockowej ballady w duchu "Without You I'm Nothing", "Rob the Bank" to zaś klasyk dynamicznego wcielenia Placebo, znanego chociażby z kawałka "For What It's Worth". Z kolei "Bosco" w sposób typowy, dla klawiszowej miniatury a la powiedzmy "Burger Queen", męczy jęczeniem Briana i drażni jego dojmującą nadwrażliwością oraz przerysowywaniem pewnych sytuacji. Molko chyba wyczuł, że w kwestii liryków nie ma za wiele do powiedzenia, bowiem zrezygnował z umieszczania ich w książeczce…

Gdy jednak przebrniemy przez cechy "Loud Like Love" obiektywnie słabe, zadajmy sobie pytanie: czy mimo wszystko nie tego oczekujemy od Placebo? Czy przypadkiem w muzyce tego zespołu nie szukamy powrotu do utraconej młodości, kiedy to w dość idiotyczny, ale jednak szczery sposób przeżywaliśmy swoje porażki, zawody miłosne, cierpieliśmy na Weltschmerz? Jeżeli odpowiecie sobie na te pytania twierdząco, śmiało proszę dopisać ze dwa punkty do oceny końcowej.

Jurek Gibadło