Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Dream Theater

Dream Theater - Dream Theater

Dream Theater

Wykonawca:

Dream Theater

5 /10

Dream Theater byli jedną z najważniejszych grup lat '90, wydeptali ścieżkę dla całej hordy kapel, które raźno nią ruszyły chcąc naśladować świtę Johna Petrucciego.

Pod sam koniec ubiegłego wieku nagrali "Scenes From a Memory" (1999), bodaj najświetniejszy po "Brave" koncepcyjny album rocka progresywnego epoki grunge'u. Byli na fali, bo "Six Degrees of Inner Turbulence" (2002) i "Octavarium" (2005) potwierdzały tylko artystyczną płodność.

Później forma siadła i niegdyś rewolucjoniści rynku muzycznego i najwybitniejsi wirtuozi swoich instrumentów stali się kabotynami i kuglarzami. Trzy ostatnie albumy ("Systematic Chaos", "Black Clouds & Silver Linings" i "A Dramatic Turn of Events") nie dość, że są potwornie nudne, do bólu schematyczne, to po prawdzie trudno byłoby je od siebie odróżnić gdyby nie okładki. Dream Theater od kilku lat połykają własny ogon, trawią i wydają pod innym tytułem. Nie ma w tym materiale iskry, nie ma mocy, jakby paliwa brakło - czuć jedynie wyrachowanie. Niestety najnowszy album Amerykanów tendencji nie modyfikuje, muzyka wciąż tkwi w stagnacji i od "Systematic Chaos" (2007) jest bezpłciowa, wypruta z jakichkolwiek emocji i po prostu przerażająco wręcz nijaka.

Przebrnięcie przez te siedemdziesiąt minut to jak gapienie się w telewizor podczas szczytu oglądalności: porażające bezsensem seriale, pustosłowie, idiotyczne programy i reklamy jogurtów. Album otwiera instrumentalny, quasi-symfoniczny "False Awakening Suite" - już pomińmy nawet, że tak rozpoczyna się co druga płyta metalowej kapeli, ale sama melodia przypomina bardziej muzykę z gier strategicznych tworzonych w okolicach roku 1996-97, niż autentycznie poważny utwór. Później zaczyna się już istna plejada powtórek - począwszy od brzmiącego jak wszystkie od "Systematic" przeciętne piosenki zespołu "The Enemy Inside"; poprzez podróbkę rushowych klasyków "The Looking Glass" (tyle, że na wokalu znów mamrocze coś LaBrie w swoim mało charakternym stylu) i oparty na instrumentalnym, zupełnie bezsensownym - bo prowadzącym donikąd - bełkocie "Enigma Machine".

Dalej otrzymujemy niestrawną, słodziutką balladę "The Bigger Picture", która w przeciwieństwie do poprzedniczek ma jednak swoje momenty (niezła solówka w drugiej części i świetny fortepian), niemniej do "Space-Dye Vest" brakuje jej trzech klas. Następnie "Behind the Veil" o większym ciężarze gatunkowym, którego nie wytrzymuje LaBrie ze swoim jednowymiarowym wokalem; jest jeszcze zupełnie nijakie "Surrender to Reason" i broniące się przyjemnymi wstawkami akustycznymi "Along for the Ride". Na koniec zaś zespół zaserwował dwudziestominutową suitę "Illumination Theory", właściwie jedyny utwór, gdzie rzeczywiście coś ciekawego się dzieje: szczególnie w momencie, gdy wyciszają się gitary, muzyka dryfuję w stronę ambientu, by przejść w iście romantyzujący, symfoniczny fragment rodem z Morricone. Niemniej i to "dzieło" przypomina bardziej muzycznego Frankensteina, poskładanego z różnych, momentami nie pasujących do siebie części, niż rzeczywiście przemyślaną kompozycję.

Najgorsze, że pośród tego muzycznego rutyniarstwa wszystko już było, ale w lepszym stylu, bo na "Dream Theater" stare patenty zespołu, jeszcze kilka lat temu cieszące uszy, teraz są jakby opowieściami zblazowanej trupy artystycznej. Petrucci nieprzerwanie popisuje się gitarową matematyką (tysiąc dźwięków na sekundę, riffowe warkocze, sztampa, kicz, trup etc.), ale emocji w jego grze nie ma krzty; podobnie wypada Jordan Rudess, którego solówki przypominają równanie chemiczne, szybkie są, że palców nie widać, ale i melodii jakby brak - ot popis dla samego popisu, nic nie wnosi do samej muzyki. Tragicznie wypadł na albumie James LaBrie udowadniając jedynie, że jest potwornie jednowymiarowym i przeciętnym wokalistą, wysokim dźwiękom jeszcze daje radę, ale gdy stara się być bardziej "demoniczny", męski na wokalu albo szepcze, to wygląda to jak czarna msza w przedszkolu. Nawet po dopieszczeniu w studiu brzmi źle, niemrawo i bez życia. Jedynie sekcja rytmiczna radzi sobie całkiem sprawnie, chociaż bywa i tak, że nadmierne ubarwianie kompozycji niepotrzebnymi popisówkami psuło dynamikę utworów, zatrzymywało tę rozpędzoną machinę.

Podejrzewam, że i ta płyta znajdzie swoich obrońców (szczególnie wśród fanów Teatru Marzeń) i zyska dobre recenzje (u do bólu poprawnych politycznie dziennikarzy, którzy uważają że Dream Theater krytykować nie wypada), ale nie zatuszuje to oczywistego faktu, że Petrucci z kompanami są jak roboty do tworzenia gotowizny, gdy jeszcze jakiś czas temu, byli prawdziwymi artystami swojego fachu. "Dream Theater" to oczywiście nie jest zła płyta, ona jest po prostu przerażająco nijaka, naszpikowana bezsensownymi fragmentami i porażającymi wtórnością patentami. Do tego wszystko to nudne, przewidywalne, oklepane i bełkotliwe. Myślę, że nie ma się co rozczulać nad niemocą twórczą Dream Theater, ci panowie potrzebują bowiem potężnego kopniaka, porażenia prądem, a jeśli będzie to już czwarty nijaki album, na który słuchacze dadzą przyzwolenie, to kapela tylko utwierdzi się w przekonaniu, że serwując muzycznego McDonalda czyni dobrze.

Grzegorz Bryk