Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Live In Detroit

Live In Detroit - Peter Frampton

Live In Detroit

Wykonawca:

Peter Frampton

Gatunek:

Rock

8 /10

"Live In Detroit" zawiera zapis koncertu, który odbył się w lipcu 1999 roku w Pine Knob Amphitheater. Nie jest to zupełna nowość, bo w roku 2000 materiał ten ukazał się na rynku zarówno na CD jak i DVD.

Trzynaście lat potem wytwórnia Eagle zdecydowała się na ponowną publikację w wersji video, w tym również na blu-ray.

Na pierwszy rzut oka koncert nie zapowiada się wyjątkowo. Pewnie takich występów Peter Frampton daje rocznie dziesiątki. Ot, po prostu, na scenę amfiteatru wyszło czterech facetów i zagrało. Wokół nich żadnej scenografii tylko trochę kolorowych świateł robiących za całą oprawę wizualną i to wszystko. Ale ja wcale z tego powodu nie narzekam, bo najważniejsza jest muzyka, a ta jest na bardzo wysokim poziomie. W wywiadzie dołączonym do płyty gitarzysta wyjaśnia, że nagrań dokonano z wykorzystaniem unikalnego jak na owe czasy sprzętu pozwalającego na uzyskanie wyjątkowo dobrej jakości w tym dźwięku w formacie 5.1.  

Program koncertu w zdecydowanej większości wypełniają dobrze znane kompozycje Petera Framptona pochodzące z pierwszej połowy lat '70 czyli dokładnie to co widzowie szczelnie wypełniający amfiteatr chcieli usłyszeć. Zapowiedź nowego numeru została przyjęta z wyraźnie słyszalną dezaprobatą ("nie lubicie nowych rzeczy?" zapytał z uśmiechem Frampton). Takie poniekąd przekleństwo tych wielkich, którzy dawno temu mieli swoje "złote lata", a przy okazji potwierdzenie, że teoria inżyniera Mamonia jest uniwersalna i sprawdza się również w USA.

Koncert można podzielić na trzy części. Nie wiem, czy właśnie taki był zamiar Framptona, ale przyszło mi to do głowy w sposób naturalny po obejrzeniu DVD. Najpierw jest piosenkowo. Repertuar utrzymany jest raczej w konwencji leciutkiego, melodyjnego rocka z "Somethin’s Happening" na otwarcie. Potem jest bardzo lirycznie i nastrojowo. Cztery kolejne utwory niezwykle spokojne i stonowane, zagrane z wykorzystaniem instrumentów akustycznych, niestety często z gwizdami niezadowolenia publiki w tle. Po wybrzmieniu "Penny For Your Thoughts" zaczyna się najlepsza - moim zdaniem - część koncertu. Jest zdecydowanie bardziej rockowo, gitarowo, bo klawiszowiec sięga po Telecastera dzielnie wspierając lidera, no i zespół brzmi jakby w duchu Humble Pie. Pięknie wypadają "pogaduchy" na dwie gitary w "(I’ll Give You) Money". Żaden koncert Framptona nie może obyć się bez "Baby, I Love Your Way". Tak też jest i tym razem, oczywiście z towarzyszeniem chóralnego śpiewu i tańców publiczności.

Podczas wykonywania "Can’t Take That Away" Bob Mayo, który dotychczas swój udział ograniczał do akompaniamentu, zaserwował porywające, miejscami jazzujące, solo na instrumentach klawiszowych. A sam utwór to prawdziwe dzieło sztuki. Bluesior trwający ponad jedenaście minut, podczas którego Frampton odgrywa nie jedną a kilka solówek. Cudownie wypada połączenie Gibsona Les Paul, Marshalla i gitarowej sztuki Framptona. Niesamowicie duża dawka emocji, jego instrument brzmi rzewnie, ciepło, melodyjnie, drapieżnie ... i przymiotniki te można by mnożyć bez końca. Zasadniczą część koncertu zamyka rozciągnięta do ponad siedemnastu minut wersja "Do You Feel Like We Do", którą spokojnie można obdarzyć takimi samymi komplementami jak poprzednika. Bob Mayo ponownie czaruje piękną solówką. Panowie wyraźnie się rozkręcili, poniosło ich w twórczym uniesieniu i nawet obciachowy talk box nie popsuł tego wybornego wykonania. Podczas bisów utrzymany został dotychczasowy rockowy charakter tej części występu. Najpierw instrumentalny "Off The Hook", potem "You Had To Be There" i "I Don’t Need No Doctor" zagrane brawurowo na dwie gitary zamykają ten bardzo udany koncert. Wracają wspomnienia, bo ten ostatni z wymienionych utworów grał kiedyś Frampton ramię w ramię ze Steve Marriottem pod szyldem Humble Pie. Na track liście jest jeszcze jedna pozycja, ale stanowi jedynie tło do napisów końcowych.

Całość została sfilmowana i zmontowana dość oszczędnie choć bardzo rzetelnie. Najważniejsze, że bez powodujących zawrót głowy ostrych cięć i włażącej w kadr rzeszy kamerzystów co akurat mnie zawsze bardzo irytuje. Za to jest sporo płynnych przejść, łagodnych ujęć w tym również z "latających" kamer. Wszystko to powoduje, że obraz jest przyjemnym uzupełnieniem muzyki. Jakość dźwięku i obrazu na najwyższym poziomie.

Wśród dodatków znajdujemy tylko krótki wywiad z Peterem Framptonem i jeden, wcześniej nie publikowany w wersji "z obrazem", utwór pochodzący z trasy "FCA! 35 Tour". "Boot It Up’" bo o nim mowa nagrany został podczas próby dźwięku i dobrze się stało, że dołączono go do DVD bo ten funkujący rocker z Hammondem i gitarą slide to po prostu kawał solidnej muzyki. Słuchając Petera Framptona na różnych wydawnictwach zawsze dziwiłem się skąd u niego tak wielkie zamiłowanie do talk boxu. Ja osobiście uważam, że "to coś" brzmi strasznie obciachowo a nadużywany wywołuje u mnie reakcję obronną organizmu. Podczas wywiadu wyjaśnił szczegółowo całą sprawę, ale nie spowodowało to, że polubiłem to "ustrojstwo".    

Pewnie część zaprezentowanego podczas koncertu repertuaru Peter Frampton zagrał już setki razy. Pomimo tego wcale nie widać po nim rutyny albo znudzenia, a wręcz przeciwnie. Niezwykle naturalny, nieustannie uśmiechnięty, biegający po scenie, nawiązujący kontakt z publicznością, ale jak sam wspomina w wywiadzie dołączonym do DVD kocha grać, kocha występować na scenie. No i to widać, słychać i czuć.

Kiedy po raz kolejny oglądam ten materiał, kiedy widzę tych czterech normalnie wyglądających i ubranych facetów, jeden lekko podrapany keyboard, kilka wzmacniaczy i garstkę pozostałego sprzętu myślę sobie, że jest to pomału odchodzący w przeszłość świat prawdziwej muzyki. Ten, w którym najważniejszy jest człowiek i to co ma on do przekazania słuchaczom i to w sposób jak najprostszy, bez ton sprzętu, cudów elektroniki, odpustowej oprawy, makijaży, kostiumów.... Ten świat gdzie najważniejsza jest MUZYKA.      

Robert Trusiak