Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Teethed Glory And Injury

Teethed Glory And Injury - Altar of Plagues

Teethed Glory And Injury

Wykonawca:

Altar of Plagues

Gatunek:

Post-black

8 /10

Gdy podczas moich poszukiwań muzycznych dziwaków natknąłem się na Altar of Plagues, paradoksalnie ten niezwykły zespół parę dni wcześniej przestał istnieć.

Nie wiem, jakie były przyczyny zakończenia/zawieszenia kariery formacji, ale wiem, że aby pożegnać się z klasą, należy stworzyć materiał z klasą. To akurat wyszło Irlandczykom bez zarzutów, "Teethed Glory and Injury" to klasa sama w sobie.

Oderwanie od przerysowanego grania to coraz częściej spotykane zjawisko, choć wcale nie takie łatwe do osiągnięcia. Jak bardzo należy urozmaicić muzykę, by stała się tworem oryginalnym, lecz nieprzesadzonym? Wiele nie trzeba, tym bardziej przy nadmiarze dostępnych sposobów wpływania na efekt końcowy muzycznej kompozycji. Mimo że Altar of Plagues robi naprawdę sporo, by zaciekawić słuchacza swoimi niecodziennymi pomysłami, to jednak nie przekracza granic zdrowego rozsądku. Znalazło się tu tak wiele odchyłów od konkretnego nurtu, że gdybyśmy losowo wybierali poszczególne partie tego trwającego niemal 50 minut albumu, nie bylibyśmy w stanie stwierdzić, czy to wciąż ten sam zespół. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, muzyka, choć skrajnie różnorodna, składa się w jedną, idealną całość, zatytułowaną "Teethed Glory and Injury".

Pozbawione jakichkolwiek pozorów rozpoczęcie, budzi wątpliwości, czy aby na pewno mamy do czynienia z black metalem. "Mills" to mocno przesterowane uderzenia perkusji, wzbogacone tłem piłujących bez przerwy ambientowych dźwięków. Utwór, pozostając w minimalistycznych rytmach, stopniowo napędza się, by wraz z pojawieniem kolejnego "God Alone", zawiesić się w pętli drażniących słuch dźwięków. "Teethed Glory and Injury" to płyta miejscami nieznośna aż do bólu, momentami przestrzenna aż do szpiku kości. Szczytowym punktem tego szaleństwa staje się zetknięcie i wymieszanie obu sytuacji. "Twelve Was Ruin" to żywy przykład, gdy pogłębiająca się melancholia, może aż nazbyt depresyjna, nagle przeistacza się w hałaśliwą ścianę dźwięków, na koniec jeszcze dobijając paraliżującym ambientem.

To dość "ołowiany" materiał, ciężki w swej konstrukcji, przy parokrotnych seansach męczący swoim minimalizmem. Nie można też powiedzieć, że dusimy się tu nadmiarem formy nad treścią, choć panoszące się po albumie poczucie dezorientacji, staje się pierwszorzędnym czynnikiem potęgującym dyskomfort ("Scald Scar of Water"). Na zakończenie żegna słuchacza chyba najprzyjemniejsza w swej budowie kompozycja "Reflection Pulse Remains", oparta na świetnym, prostym riffie z dość chwytliwą melodią i kroczącym rytmem, który stopniowo przyśpiesza, by ostatecznie obezwładnić słuchacza blackmetalowym sztandarem.

Bardzo. To słowo najlepiej oddaje uczucia związane z "Teethed Glory and Injury". Bardzo zróżnicowany, bardzo ociężały, ale i bardzo wciągający. Jeden z najbardziej wielowątkowych albumów wśród tytułów zaliczających się do eksperymentalnego oblicza black metalu.

Adam Piętak