Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Żyć znaczy umrzeć

Żyć znaczy umrzeć - Joel McIver

Żyć znaczy umrzeć

Wykonawca:

Joel McIver

7 /10

Gdyby zorganizować plebiscyt na najbardziej idealizowanego zmarłego muzyka metalowego, Cliff Burton w cuglach zdobyłby pierwsze miejsce na podium. Nic zatem dziwnego, że basista doczekał się poświęconej sobie książki.

Skromny do szpiku kości Cliff Burton nie krył, że nie lubi być nazywany gwiazdą, jednak jego przedwczesna śmierć w momencie, gdy szturmem wdzierał się na artystyczny szczyt, uczyniła go niemal świętym. Do tego geniuszem, gigantem i zarazem archetypem metalowego (ale przy okazji wyjątkowo eklektycznego) basisty. Mentorem i nauczycielem Jamesa i Larsa, a zatem kimś, kto pchnął Metallikę na właściwy tor i, kto - być może, gdyby wciąż żył - ustrzegłby zespół od błędów i przeprowadziłby przez okres spadków formy, niczym Mojżesz przeprawiający naród wybrany przez Morze Czerwone. Opowieści o świętych to hagiografia i właśnie z takim gatunkiem mamy do czynienia w przypadku "Żyć znaczy umrzeć". Żywoty świętych łączyły w sobie bowiem biografię tychże (która stanowi zasadniczą część książki Joela McIvera), opis męczeńskiej śmierci (rozdział 12 - "27 września 1986"), doniesienia o cudach (m.in. rozdział 10 - "Master of Puppets" i wiele innych fragmentów), wreszcie informacje o pośmiertnym kulcie (liczne cytowane wypowiedzi rozsiane po całej książce, plus dodatek "Oczami innych").

Dawno nie czytałem biografii, która w tak pełny sposób wypełniałaby znamiona absolutnie bezkrytycznej laurki i każdym kolejnym zdaniem budowała aureolę, oświetlającą marsowe oblicze głównego bohatera. Cliff Burton na kartach "Żyć znaczy umrzeć" jawi się jako człowiek ideał, bez najmniejszej choćby skazy. No dobra, palił trawę i co gorsza się zaciągał, ale przydaje mu to tylko pożądanego rysu człowieczeństwa. Zarówno w narracji McIvera, jak i wypowiedziach osób, do których dotarł autor, wszystko jedno, bliższych czy dalszych Burtonowi, Cliff jest postacią wręcz pomnikową. On to bowiem, opanowawszy pierwej dogłębnie arkana muzycznej teorii, zawstydzając maluczkich kunsztem gry na basie swoim, wziął Jamesa i Larsa i przelał na nich część swego muzycznego geniuszu, dzięki któremu powstały takie arcydzieła, jak "Ride The Lightning" czy "Master of Puppets".

Ideał muzyczny, ale też ideał na każdym innym polu, oczytany, uprzejmy i konsekwentnie odmawiający uczestnictwa w ekscesach rozpasanych kumpli z Metalliki. Nawet o higienę dbał bardziej niż reszta składu, a zwłaszcza Lars, pochodzący z Danii, czyli "kraju, w którym nie znano mydła." Tacy ludzie rzecz jasna nie istnieją, ale zdaję sobie sprawę, że właśnie na taki wizerunek Burtona jest zapotrzebowanie, a McIver zgrabnie temu zapotrzebowaniu sprostał. Nie da się oczywiście zakwestionować umiejętności technicznych Cliffa Burtona ani jego wpływu na zespół, który z nim w składzie nagrał swe najlepsze albumy. Jednak to bezkrytyczne idealizowanie postaci basisty razi swą sztucznością. Nie jest to jednak, mimo wszystko, wielka bolączka "Żyć znaczy umrzeć", która niewątpliwie stanowi solidne, choć nie oferujące nadmiaru nowych informacji, czytadło. Biografia Burtona jest nierozerwalnie powiązana z dziejami Metalliki, a o pierwszym okresie działalności tej formacji dziesiątki autorów napisało już właściwie wszystko. Zrobił to również sam Joel McIver w swej wcześniejszej, poświęconej Mecie książce pt. "Sprawiedliwość dla wszystkich". Nie ma się co dziwić, że podczas lektury "Żyć znaczy umrzeć" większość faktów, czy nawet konkluzji albo spostrzeżeń, wydaje się jakby znajoma.

McIver w "Sprawiedliwości dla wszystkich" poświęcił basiście sporo miejsca, między innymi "obalając mity" w umieszczonych tam rozdziałach "Prawda o Cliffie Burtonie" czy "Prawda o śmierci Cliffa". Istotnym problemem jest także fakt, że Burton niechętnie udzielał wywiadów i bardzo rzadko opowiadał o sobie, znacząco utrudniając tym samym zadanie przyszłym biografom. "Żyć znaczy umrzeć" na tyle, na ile to możliwe, rozwija więc wątki ze "Sprawiedliwości dla wszystkich", włącznie z rozważaniami 'co by było gdyby', i tylko nieco inaczej je akcentuje. Jednocześnie, wciąż mnóstwo tu opowieści o perypetiach zespołu, choć część z nich jest tylko luźno związana z losami Burtona (ileż razy można czytać, jak Ron McGovney skarży się, że Mustaine wylał mu piwo na gitarę?). Czymś jednak biografię trzeba wypełnić, więc McIver stara się jak może, rozkładając np. na czynniki pierwsze poszczególne utwory z trzech pierwszych płyt zespołu albo mnożąc w wielu miejscach biografii te same wnioski. Z tych zapewne względów stwierdzenie, że Cliff posiadał "gruntowną wiedzę muzyczną" przewija się chyba ze 20 razy, a o tym, że lubił Misfits (swoją drogą nie mógł lubić solowej twórczości Danziga - o czym również pisze autor, bo Danzig rozpoczął ją rok po śmierci Burtona) przeczytamy co najmniej 15-krotnie.

W rezultacie, "Żyć znaczy umrzeć", wbrew deklaracjom na okładce o "rzucaniu nowego światła na najważniejszy etap kariery największego zespołu metalowego w historii muzyki" nie wnosi zbyt wielu nowych informacji. Mam też wrażenie, że książka ta mogłaby być lepsza, gdyby zabrał się za nią ktoś  o lepszym warsztacie. W końcu McIver jest człowiekiem, który potrafił kompletnie położyć taki - wydawałoby się - samograj, jak biografia Motorhead. "Żyć znaczy umrzeć" jest jednak, na szczęście, znacznie od niej lepsza i czyta się ją gładko, szybko i sympatycznie. Zagorzali fani Metalliki, którzy mają wszystkie informacje o zespole w małym palcu i tak sięgną po tę lekturę i właśnie oni, prócz fanatyków gry na basie, pozostaną zapewne głównymi odbiorcami recenzowanej biografii.

Joel McIver - Żyć znaczy umrzeć
Wydawnictwo Sine Qua Non
Tłumaczenie: Jarosław Rybski
280 stron

Szymon Kubicki