Kup Magazyn Gitarzysta
Reklama
The Satanist - Behemoth

The Satanist

Wykonawca:

Behemoth

9 /10
Gatunek:

Black metal

Wreszcie doczekaliśmy czasów, w których premiera albumu polskiego zespołu jest jednym z najbardziej oczekiwanych wydarzeń w muzycznym, metalowym (a może i nie tylko metalowym) środowisku, a największa na świecie metalowa wytwórnia traktuje tę płytę jako jeden z wydawniczych priorytetów.

Oczywiście, atencja z jaką traktowany jest Behemoth na zachodzie to rzecz powszechnie znana, aczkolwiek warto doświadczyć tego we własnym zakresie, choćby widząc reakcje publiczności na występ zespołu na którymś z zagranicznych festiwali. Poza samą muzyką, niemałe znaczenie dla ich sukcesu ma niewątpliwie profesjonalizm Nergala, który jest równie zdolnym muzykiem, co piarowcem, oraz cały ideologiczny koncept otaczający formację. Nie chodzi tu zresztą wcale o satanizm - na co płytko i bardzo dosłownie zwracają uwagę przede wszystkim ideologiczni kontestatorzy fenomenu Behemoth, ale o dostarczenie odbiorcy, jeśli nie podłoża do przemyśleń, to przynajmniej drugiego dna, czegoś więcej niż tylko kilkunastu minut atakującej uszy muzyki. Nergal wymyślił sobie taki właśnie zespół, nierozerwalnie zespalając go z całą otoczką, opartą na takim a nie innym wizerunku czy tekstach utworów, i konsekwentnie przyjęte założenia realizuje. "The Satanist" jest kolejnym dowodem na to, że tego rodzaju polityka bardzo dobrze się sprawdza.

Nie ukrywam, że od wielu lat podobają mi się nie tylko kolejne albumy Behemoth, ale również ów cały teatr, czy też - jak kto woli - cyrk, związany z ideologicznym zaangażowaniem kapeli, i coraz głośniejszy, wraz z gwałtownym wzrostem osobistej popularności Nergala. To wszystko po prostu doskonale pasuje do Behemoth. Nawet, jeśli podszyte jest to niewątpliwą megalomanią lidera i niekoniecznie aż tak głębokie i wolnomyślicielskie, jak sam Nergal chciałby swe działania postrzegać, to jego perfekcjonizm, pewność siebie, skutecznie realizowana wizja kapeli, nastawienie na sukces i radość z wkładania kija w mrowisko (na co wszyscy zacietrzewieni oponenci tak gładko niezmiennie dają się nabierać), są niezwykle ożywcze w naszym kraju, który wciąż boryka się ze smutną zaściankowością, hołubi patologiczną bylejakość i tępi wszelkie próby wyjścia przed szereg.

Biorąc pod uwagę głośną i bardzo medialną chorobę Nergala, szumny ton zapowiedzi "The Satanist", w których padały takie nazwy, jak Killing Joke czy New Order, wreszcie symboliczny tytuł albumu, część fanów mogła oczekiwać czegoś w rodzaju nowego otwarcia. Ujawnione wcześniej kawałki "Blow Your Trumpets Gabriel", czy zwłaszcza "Ora Pro Nobis Lucifer" zapewne ostudziły jednak ten rewolucyjny zapał. "The Satanist" nie przynosi bowiem nowego otwarcia, przynajmniej nie w rozumieniu gwałtownej zmiany stylistyki zespołu. Behemoth nie wymyślił się na nowo i chyba naiwnością byłoby oczekiwać tego rodzaju przemiany. Za to, co ciekawe i w sumie całkiem zaskakujące, zespół z jednej strony wyraźnie sięgnął do swych blackmetalowych korzeni, z drugiej natomiast połączył je z melodyjnym trendem w tym gatunku, kultywowanym swego czasu na przykład przez Dissection, i rozwijanym dziś choćby przez Watain. O ile jednak najnowszy album Erika i spółki, "The Wild Hunt", jest wręcz zawstydzająco kiepski, tak Nergal doskonale poradził sobie z wpleceniem tych elementów w dobrze wszystkim znany styl Behemoth. Trudno mówić tu jednak o jakimś większym muzycznym podobieństwie, bo formacja przez lata dorobiła się własnego brzmienia, od którego "The Satanist", pomimo kilku nowinek, wcale nie odstaje.

Trudno mi jednoznacznie rozstrzygnąć, czy "The Satanist" rzeczywiście jest, jak twierdzą niektórzy, najlepszym albumem Behemoth w ogóle, choć rozumiem rzecz jasna, skąd mogą brać się takie opinie. Przede wszystkim, materiał brzmi fenomenalnie. Nergal zapowiadał bardzo organiczny album i rzeczywiście trafił tym określeniem w sedno. Deathmetalowe oblicze Behemoth często przybierało odhumanizowany, niekiedy wręcz sztuczny i nużący na dłuższą metę wyraz. Tym razem jest zupełnie inaczej, "The Satanist" oddycha, jest w nim mnóstwo powietrza i naturalnego flow, bez rezygnacji z idealnego brzmienia instrumentów - zarówno razem, jak i każdego z osobna. Dawno nie słyszałem tak świetnie brzmiącej metalowej płyty. Dzięki dodaniu większej melodyki i chwytliwości kompozycji, album nadaje się do nieustannego odtwarzania i po prostu nie męczy intensywnością, tak jak czasem zdarzało się to wcześniej.

Takie brzmienie "The Satanist" pozwoliło uwypuklić ścieżki poszczególnych instrumentów, na czym skorzystał przede wszystkim Orion. Tak wyraźny sound jego basu po prostu kruszy kości. Z batalii zwycięsko wychodzi również Inferno, o którym nie będzie już można mówić wyłącznie w kategoriach blastów i szybkości. Tak jak zróżnicowane są kawałki, tak urozmaicona jest jego gra, wystarczy posłuchać na przykład przejść w utworze tytułowym czy "Ben Sahar". Warstwa gitarowych riffów i melodyjnych, bardzo muzycznych solówek nie przysłania faktu, że "The Satanist" to bardzo perkusyjna płyta.

Nawet najlepsze brzmienie i warsztat muzyków nie uratują jednak kiepskich kompozycji. Na szczęście i tu nie ma powodów do niepokoju. Choć nie wszystkie kawałki w równym stopniu przyciągają uwagę, album jako całość broni się znakomicie, począwszy od "Blow Your Trumpets Gabriel", epickiego kuzyna "Lucifer" z "Evangelion", na zamykającym płytę monumentalnym "O Father O Satan O Sun!" kończąc, choć szczerze mówiąc odebrałbym mu łyżkę albo dwie cukru, zwłaszcza z początkowego fragmentu. Kontrapunktem całości jest umiejscowiony niemal pośrodku, najbardziej oldschoolowy, mający w sobie nieco norweskiego ducha i nieprzyzwoicie wręcz chwytliwy "Ora Pro Nobis Lucifer", który bezlitośnie łechce mój prymitywny gust - to mój zdecydowanie ulubiony kawałek na płycie.

Uwagę zwraca również "In the Absence ov Light" z niespodziewaną klimatyczną wstawką i cytatem z Gombrowicza i... właściwie wszystkie pozostałe utwory. Zróżnicowanie to kolejny klucz do sukcesu "The Satanist", wystarczy bowiem na przykład niecałe 4 minuty "Amen", by zespół płynnie przeszedł od deathmetalowej młócki z wcześniejszych płyt do transowego pochodu kierowanego przez partię basu i plemiennych bębnów Inferno. "The Satanist" jest w pełni przemyślany, świetnie poukładany i (na teraz) wciąż nie mam go dosyć. Najlepsza płyta Behemoth? Internety będą pewnie mówić różne rzeczy, dlatego najlepiej zaufać po prostu własnym odczuciom i swojej subiektywnej ocenie.

Szymon Kubicki