Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / A Day In Nashville

A Day In Nashville - Robben Ford

A Day In Nashville

Wykonawca:

Robben Ford

Gatunek:

Blues rock

8 /10

Poprzednia płyta Robbena Forda "Bringing It Back Home" była jego powrotem do bluesa i cieszy mnie bardzo, że również najnowszy album utrzymany jest w tej samej stylistyce.

Ford kompletnie zmienił skład muzyków towarzyszących, ale pozostał wierny instrumentarium. Ponownie mamy okazję posłuchać puzonu, w tym również jako instrumentu solowego. "Bringing It Back Home" zawierała prawie wyłącznie covery (plus tylko jeden autorski utwór), na najnowszej płycie ta proporcja została odwrócona o 180°, ponieważ przeważają kompozycje własne Robbena Forda. "A Day In Nashville" zarejestrowano w studio ale na żywo i to podczas jednej sesji! Niezły wyczyn - dziewięć utworów w jeden dzień. Nie wspominam o tym, aby zainteresować tych od księgi rekordów Guinnessa, ani tym bardziej, aby usprawiedliwiać jakość materiału, bo zupełnie tego nie potrzebuje. W konsekwencji przyjętego sposobu pracy dostajemy w zasadzie płytę koncertową będącą zapisem stanu emocji i poziomu wykonawczego muzyków w danej chwili (a dokładnie jednego dnia).

Płytę otwiera "Green Grass, Rainwater" i już wiem, że będzie dobrze. Bardzo sympatyczna piosenka, utrzymana w charakterystycznym dla Forda stylu, zagrana delikatnie, bez pośpiechu, z dużym luzem i swobodą, a ciepło brzmiący swoim aksamitnym dźwiękiem puzon dodaje niesamowitego uroku. Utwór ten bardzo dobrze definiuje zawartość albumu bo wszystkie pozostałe kompozycje można obdarzyć podobnymi przymiotnikami. Zaraz potem piękny blues "Midnight Comes Too Soon". Gdyby próbować wsadzić go do jakiejś szufladki stylistycznej, ta z napisem "chicagowski blues" byłaby najbardziej odpowiednia, ale z pewnością można zdefiniować nową - "fordowski blues", bo po prostu czuć styl i rękę Robbena. Najlżejszy na krążku, pełen humoru "Ain’t Drinkin’ Beer No More" brzmi trochę jak knajpiany blues, ale bez żadnych złych konotacji jakie niesie to określenie. Oczami wyobraźni widzę jakieś klimatyczne miejsce, gdzie na scenie zespół przygrywa bardzo przyjemnego bluesa a refreny podśpiewuje wesołe, męskie towarzystwo siedzące przy stolikach. Tak właśnie brzmi ten utwór - luzacko, wesoło i beztrosko.

Instrumentalny "Top Down Blues" otwiera unisono puzonu i gitary. To z pewnością bardzo niecodzienny duet, ale brzmi niezwykle ciekawie - oba instrumenty w doskonałej harmonii, pięknie się uzupełniają. Nie jest to jedyna zaleta tego rozkołysanego funkowym pulsowaniem utworu, ponieważ możemy jeszcze cieszyć się solówkami zagranymi na puzonie i gitarze. Pierwszym z dwóch coverów jakie znalazły się na płycie jest kompozycja Jamesa Cottona "Cut You Loose" ozdobiona ciekawymi i, co dla mnie ważne, długimi solówki Hammonda, puzonu i gitary. Rozbrajająco pięknie brzmi "Poor Kelly Blues". Stareńka kompozycja Big Maceo Merriweather’a, w oryginale mocno fortepianowa, została ubrana w bardzo współczesną, elektryczną i gitarową aranżację. Klawisze pozostały ale to Ricky Peterson na Hammondzie. Chyba bardzo spodobało się Fordowi połączenie gitary i puzonu, gdyż w "Thump And Bump" ponownie słychać ten harmonijnie brzmiący duet. Długi instrumentalny utwór stał się okazją do zagrania pięknych solówek przez Barry’ego Greena na puzonie no i rzecz jasna Robbena Forda na gitarze. Płytę zamyka kolejny bardzo przyjemny blues "Just Another Country Road".

W tej recenzji często używam słowa "delikatnie" lub jego synonimów. Nie przez przypadek, bo taka jest właśnie muzyka na "A Day In Nashville". Robben Ford nigdy nie był przesadnie ekspresyjnym gitarzystą (i pewnie nigdy nie będzie). Gdzieś tam w tle Audley Freed na gitarze (również akustycznej) tworzy subtelny, czasem ledwie słyszalny podkład. Puzon, który potrafi przecież narobić sporo hałasu, w rękach i ustach Barry’ego Greena brzmi aksamitnie i ciepło. Również sekcja rytmiczna w składzie Wes Little na perkusji i Brian Allen na basie czujnie dostosowała się do tego klimatu.

Lubię kiedy całość wydawnictwa czyli muzyka i opakowanie stanowią przemyślaną całość. W przypadku "A Day In Nashville" tak właśnie jest. Płyta trwa trochę ponad 45 minut czyli tyle ile winyl, nadruk na krążku również przypomina ten rodzaj nośnika, a wszystko to zamknięte jest w oldschoolowej okładce.

Ci wszyscy, którym przypadła do gustu poprzednia płyta Robbena Forda i z tej najnowszej też będą zadowoleni. Obie trzymają podobny poziom. Na korzyść "A Day In Nashville" przemawia jednak duża liczba bardzo udanych premierowych kompozycji.

Robert Trusiak