Kup Magazyn Gitarzysta

118 - Cochise

118

Wykonawca:

Cochise

Gatunek:

Rock

8 /10

"118" to najlepiej wyprodukowany album w liczącej sobie trzy pozycje dyskografii Cochise, ale i najuboższy w melodie.

Płyta brzmi nieporównywalnie lepiej niż niedawny przecież "Back To Beginning" (2012), przestała być również - jak to miało miejsce w przeszłości - chaotycznym zbiorem niezłych piosenek, a utrzymuje jednakowy klimat przez całość materiału. To zasługa nie tylko producenta, ale i grupy, która zaczęła przywiązywać większą uwagę do trzymania kompozycji w ryzach. Dyscyplina w komponowaniu pozwoliła uniknąć tak charakterystycznych dla poprzednich nagrań, momentami nawet kuriozalnych, skoków napięć w obrębie utworu, zawierającego w sobie niepasujące do siebie, ale i zaskakujące słuchacza, elementy. Chochise pokazali, że dojrzewają na polu konstrukcji piosenek - "118" to już nie beztroska zabawa w piaskownicy, ale niezłej jakości studencki kajecik.

Niestety, ucierpiały na tym melodie, bo nawet jeśli uznać poprzednie twory grupy za histeryczne, to była to jednak histeria, przy której nie można było odczuć nudy. Na "Back To Beginning" piętrzyły się charakterne momenty, działo się tyle, że nie sposób było skupić uwagę na jednym składniku, bo zaraz grupa serwowała słuchaczowi następną błyskotkę. Na "118" takich melodyjnych błyskotek jest zdecydowanie mniej, ale w żadnym razie za mało. To prawda, że nowy album Cochise już nie zaskakuje kolejnymi utworami i zwrotami akcji jak poprzedniczki, swoje momenty jednak ma, a i wciąż potrafi zabawić w odgadywanie kogo aktualnie wziął na warsztat Małaszyński i spółka - raz pachnie Metallicą ("Inside of Me"), innym razem Type O Negative ("Destroy the Angels"), to znowu gdzieś tam można wyczuć ducha Red Hot Chili Peppers, Audioslave, zahaczyć o punk czy nawet The Doors. Wciąż mamy również do czynienia z hard rockowym graniem na bardzo wysokim poziomie, uzbrojonym w ciekawe riffy, żywiołowym, charakternym i zarażającym rock'n'rollowym szaleństwem.

Prócz tego, że panowie potrafią dać do pieca, to serwują też momenty delikatniejsze, jak "Beautiful", "Part of Me" czy "Before You Sleep (For Jeremy)" z gościnnym udziałem fortepianu i chóru dziecięcego. Na nudę przy obcowaniu z "118" nie ma co narzekać. Zaznaczmy jednak, że mimo swej chaotyczności i niedookreślenia, poprzedniczka była albumem ciekawszym, a i czuć, że przy jej nagrywaniu grupa bawiła się jakby lepiej. "118" to wprawdzie kawał porządnej, hardrockowej muzyki na najwyższym poziomie, ale brak jej tego hultajstwa, które na "Back To Beginning" było permanentne. Melodie sprzed dwóch lat też szturchały mocniej niż te obecnie. Warto jednak zapamiętać: Cochise to synonim świetnego, rockowego grania, jakiego na polskim, komercyjnym firmamencie brakowało - "118" tylko to potwierdza!

Grzegorz Bryk


Zdaniem Konrada Sebastiana Morawskiego

 

Co można zobaczyć za drzwiami "118"?  Przyglądałem się długo, tyle też przysłuchiwałem się i jednocześnie zbierałem myśli, aby trzeci krążek Cochise przemielić i wciągnąć do nosa.

To w każdym razie plan szalenie trudny do zrealizowania, bo zespół idzie jak burza! Cochise to dziś marka, która gwarantuje słuchaczom moc wrażeń podniesionych do potęgi grunge’u. To romansowanie z duchami. Jeszcze chwila i o miejscu uformowania zespołu przyjdzie mówić Białystok Sound, bo muzycy Cochise wcale się nie odżegnują od wpływów wprost z Seattle. To inspiracja, brudna jak przystało na Szmaragdowe Miasto, której nie brakuje w trzynastu utworach tworzących "118".

W porównaniu z poprzednim albumem, nie tylko zmieniła się wytwórnia, ale też muzycy Cochise wreszcie osiągnęli dojrzałość. Trzeci krążek zespołu, wydany chyba najskromniej jak można było, to rzecz o dużej sile rażenia. Rewelacyjne wybrzmiała tu sekcja instrumentalna, gdzie gitary Napory, bas Jasińskiego i perkusja Mielki zakręciły się wokół szerokiej palety pomysłów zaczerpniętych (i odświeżonych) z płodnego dla muzyki przełomu lat '80 i '90. To współpraca sprawna i dopracowana na każdej płaszczyźnie, w taki sposób, że na "118" nie brakuje zarówno przebojowości, jak i brudu właściwego klimatowi grunge. Odkrywanie kolejnych kompozycji to zgoda na poddawanie się kolejnym klimatycznym zagrywkom gitarowym. Nie da się bowiem ukryć, że w warstwie instrumentalnej to kolejne partie gitarowe Napory, jak w grunge’owym kalejdoskopie, stanowią szkielet tego materiału. Choć też w żadnym razie nie chcę umniejszać tu roli basu i perkusji.

Nowy krążek Cochise to także czasem niepośpieszne, uwolnione patenty instrumentalne, w związku z którymi przychodzi mi tylko jedno skojarzenie - psychodeliczny lipstick. Na "118" nie zabrakło też szaleństwa, dzikich i wyrwanych z wszelkiej konwencji zagrywek. To również trochę muzycznych resentymentów, bo nie celując w Eddiego Veddera i Jeffa Amenta, usłyszałem tu zupełnie zręczną wariację na temat najsłynniejszego utworu Pearl Jam. Nie mam też wątpliwości, że Cochise posiada w swoim składzie frontmana i wokalistę, który z dużą swobodą potrafi wkomponować się w tę instrumentalną mozaikę grunge’u. Małaszyński to lider z prawdziwego zdarzenia. Frontman o szerokiej i mocnej skali, umiejętności adaptacji do rozmaitych pomysłów instrumentalistów i wreszcie o wyraźnym pierwiastku szaleństwa. Te improwizowane wisienki wokalne składają się na manierę wyróżniającą Małaszyńskiego spośród innych wokalistów. W takim zestawieniu instrumentalnym i wokalnym, przy naprawdę porządnym pomyśle na wskrzeszenie kilku ideałów grunge’u, nowe dzieło Cochise po prostu rządzi.

Za drzwiami "118" zobaczyłem wielki potencjał. Nawet jeśli brzmi to egzotycznie wypada mi rzec, że polski grunge nigdy nie miał się tak dobrze.

Konrad Sebastian Morawski

9/10