Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Splinter (Songs from a Broken Mind)

Splinter (Songs from a Broken Mind) - Gary Numan

Splinter (Songs from a Broken Mind)

Wykonawca:

Gary Numan

9 /10

Bardzo udany, najlepszy od lat nowy album "Splinter (Songs from a Broken Mind)" dowodzi, że Gary Numan zdecydowanie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

A wszystko to całe 35 lat po premierze debiutanckiego krążka, wydanego jeszcze pod szyldem Tubeway Army. Gwiazda Numana na firmamencie muzyki elektronicznej rozbłysła wówczas bardzo jasno dzięki kilku hitom, które doskonale bronią się do dzisiaj, jednak po kilku latach Brytyjczyk zaczął zaliczać przede wszystkim mocne upadki, a jego popularność gwałtownie spadła. W połowie lat '90 niespodziewanie w sukurs przyszli mu jednak młodsi koledzy po fachu, tacy jak Marilyn Manson czy zwłaszcza Trent Reznor, którzy na prawo i lewo opowiadali o wpływie Numana na ich muzykę, a dodatkowo wzięli się za coverowanie jego kawałków. Swoiste sprzężenie zwrotne, do którego wówczas doszło, nie tylko uratowało karierę Numana, ale pozwoliło mu wyjść z cienia i odzyskać popularność u większej grupy fanów, którzy niekoniecznie kojarzyli jego wczesny synth popowy wizerunek. Sprzężenie polegało na prostym schemacie wzajemnej inspiracji. Brytyjczyk pełnymi garściami zaczął bowiem czerpać ze współczesnego industrialnego rocka, którego był przecież ojcem chrzestnym, a wpływy muzyki Nine Inch Nails w jego twórczości, począwszy od albumu "Exile" z 1997 r., stały się bardzo widoczne.

Apogeum tego zjawiska nastąpiło na bardzo dobrym, choć stosunkowo nierównym "Pure" z 2000 roku, na którym jedne z najlepszych w karierze kompozycji Numana (rewelacyjne "Pure", "Rip" czy "My Jesus") sąsiadowały z tymi mniej interesującymi. Kolejne płyty - "Jagged" (2006) i zbiór odrzutów "Dead Son Rising" sprzed trzech lat miały swoje dobre momenty (jak np. singlowy "The Fall"), ale nie podtrzymały dobrej passy muzyka. Na szczęście, "Splinter (Songs from a Broken Mind)", choć powstawał przez bardzo długi czas, dowiódł, że Gary Numan nie zamierza złożyć broni. Być może znaczenie miały tu wspólne występy z Nine Inch Nails, podczas których Numan wraz z Reznorem wykonywał swoje stare przeboje, faktem jest w każdym razie, że najnowszy album brzmi nie tylko nadzwyczaj spójnie (choć ukazał się sześć lat od pierwszych zapowiedzi), ale też bardzo witalnie i świeżo. Artysta wstrzelił się zresztą idealnie w moment, bowiem "Splinter" okazał się pierwszym od 30 lat albumem, który dotarł do pierwszej "20" brytyjskiej listy przebojów.

Ale listy na bok, bo to przecież nie one przesądzają o wartości muzycznej "Splinter". Numan gra tu swoje i nie wychyla się poza stylistykę, do której od lat przyzwyczaja fanów. Poszczególne kompozycje, na których wciąż słychać wyraźny wpływ Nine Inch Nails, i na których od początku do końca odciśnięte zostało piętno typowej dla Numana melodyki (i jego charakterystycznego wokalu), właściwie nie przynoszą niczego nowego. Ba, nawet konstrukcja albumu, gdzie spokojniejsze, bardziej melancholijne utwory przeplatają się z nieco dynamiczniejszymi, w tym przynajmniej jedną petardą stworzoną według najlepszych wzorców industrialnego rocka, przywodzi na myśl wcześniejsze krążki z "Dead Son Rising" na czele. Tutaj rolę tę spełnia "Love Hurt Bleed", wybrany, oczywiście, na pierwszego singla. Wszystko brzmi więc bardzo znajomo, choć z jakiegoś, trudno wytłumaczalnego powodu tym razem ów schemat zagrał perfekcyjnie. Stary mistrz po latach pokazuje klasę, wciąż jak gdyby nigdy nic, robiąc swoje. Tak potrafią tylko najlepsi.

Mam wrażenie, że Brytyjczyk włożył w "Splinter" całą swą energię, maksymalnie dopieścił kompozycje i postarał się, by każda z nich dostarczyła słuchaczowi nowej dawki emocji. Co więcej, niedawno można było również przekonać się, że nowe kawałki doskonale sprawdzają się także w warunkach koncertowych. Ich melodie momentalnie zapadają w pamięć, a wokalizy brzmią znakomicie. Uwagę zwraca też nowoczesna, a zarazem organiczna elektronika, różnego rodzaju smaczki, interesujące i dyskretne orkiestracje, wreszcie mniej lub bardziej czytelne, ale niewątpliwie twórcze nawiązania do dorobku innych wykonawców. Tym razem, prócz NIN (oczywiście z najlepszego okresu sprzed dwóch dekad) wychwycić można między innymi fluidy Depeche Mode (czy tylko mnie początkowy fragment otwierającego album "I Am Dust" przypomina pierwsze momenty "A Pain That I'm Used To", którym Depeche rozpoczynają "Playing The Angel"?). Swoją drogą, to także ciekawa inspiracja, bo przecież w chwili, w której ekipa z Basildon debiutowała swym pierwszym singlem, musiała znać wydane wcześniej przez Numana tak klasyczne dziś single, jak "Are 'Friends' Electric?" czy "Cars".

Wszystkie te zabiegi Gary Numan bardzo udanie wykorzystał, by maksymalnie urozmaicić album. O ile dynamiczniejsze utwory zawsze mu wychodziły, tak różnie bywało ze spokojniejszymi. "Splinter" wolny jest jednak od słabszych momentów, a takie balladki, jak choćby "Lost", która zaśpiewana przez Reznora z pewnością znalazłaby miejsce np. na "The Downward Spiral", błyszczą tu tak samo, jak pozostałe kawałki. Świetna płyta!

Szymon Kubicki