Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Acoustic at the Ryman

Acoustic at the Ryman - Band of Horses

Acoustic at the Ryman

Wykonawca:

Band of Horses

Gatunek:

Rock

8 /10

Po dziesięciu latach błyskotliwej kariery okraszonej czterema studyjnymi - ciepło zresztą przyjętymi przez słuchaczy i krytyków - albumami, przyszła pora na eksperymenty.

Celowo piszę o eksperymentach, bo Band of Horses serwują wprawdzie album koncertowy, ale nie taki znowu zwykły, bo zamiast zwyczajowego nagrania występu przy licznym audytorium skandującym nazwę ukochanego zespołu, zaprezentowali koncertówkę intymną. Nagrania miały miejsce podczas dwóch występów w Ryman Auditorium w Nashville, które odbyły się 27 i 28 kwietnia 2013 roku. Występy, skomentuję z nieukrywaną złośliwością, musiały być bardzo krótkie, albo wybitnie nieudane, bo z dwóch wieczorów uzbierano niespełna czterdzieści minut muzyki. Grupa szczyci się wprawdzie w wywiadach, że to zbiór ich najlepszych i najbardziej znanych kompozycji, ale powiedzmy sobie szczerze - z czterech albumów można było wyjąć trochę więcej materiału.

Inna sprawa, że w "Acoustic at the Ryman" Ben Bridwell i spółka włożyli sporo naprawdę niezłej, godnej pochwały roboty. Szlagiery grupy przearanżowano na utwory stricte akustyczne - jest więc gitara akustyczna, pianino, kontrabas i wokal. Wersje unplugged to oczywiście codzienność współczesnego rynku muzycznego, ale w przypadku Band of Horses grupa poddając piosenki akustycznemu szlifowi, nadała im nowej jakości, jakby stworzyła od nowa, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że większość materiału z "Acoustic at the Ryman" brzmi lepiej i oddziałuje mocniej niż studyjne pierwowzory.

To nie tylko kwestia udanych aranżacji, ale przede wszystkim klimatu, jaki towarzyszy słuchaczowi. Dziesięć niezwykłych, wzruszających ballad jakie w wykonaniu okolicznego Romeo chciałaby usłyszeć spod swojego okna każda nastolatka. Dodatkowym atutem jest nieprzeciętnie intymna atmosfera, minimalizm wykonań oraz zaangażowanego, pełnego pasji wokalu. "Detlef Schrempf", "No One's Gonna Love You", "The Funeral" i "Marry Song" to prawdziwe mistrzostwo akustycznego romantyzmu o sile oddziaływania potrafiącej zmiękczyć każde serce - doznania są po dwakroć intensywniejsze niż w wersjach studyjnych. Kameralny nastrój tworzy z utworów osobiste wyzwania, rozpalające niczym intymne, pełne liryzmu i uniesień listy miłosne. Nie są to może nazbyt udane porównania, ale obcując z "Acoustic at the Ryman" targały mną emocje znane z "Curtains" Johna Frusciante czy "Beautiful Dreams" Chrisa de Burgha, bo to również płyty, których smakować należy w odosobnieniu, najlepiej przy zgaszonym świetle, by najlepiej odczuć płacz schorowanych romantyków - w tym przypadku akurat grupy Band of Horses. Znamienne jest również, że zespół zmieniając aranżacje i brzmienie kawałków obdarł je z charakterystycznego posmaku indie rocka, a wprowadził na grunt akustycznych recitalów, podczas których facet z gitarą gra nie tyle na instrumencie, ile przede wszystkim na uczuciach słuchaczy.

Zespołowi rodem z Seattle udało się stworzyć prawdziwą perełkę grania bez prądu. Prezentując akustyczne wersje starych utworów, nadali im nowej jakość o potężnej sile rażenia. Za pomocą minimalistycznych środków budują maksymalne doznania emocjonalne i to w "Acoustic at the Ryman" jest najlepsze. Wrażliwym duszom, skrytym we własnych domach poetom i poszukującym piękna w prostocie gorąco polecam.

Grzegorz Bryk