Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Man on the Rocks

Man on the Rocks - Mike Oldfield

Man on the Rocks

Wykonawca:

Mike Oldfield

Gatunek:

Rock

8 /10

Czego może pragnąć człowiek, który w swojej kategorii sztuki osiągnął już wszystko? Wielki innowator, wytrawny artysta, a wreszcie i stały bywalec list przebojów - Mike Oldfield zasmakował chleba z każdego pieca.

Dobrze się stało, że "Man on the Rocks" powstało tak szybko po niechlubnym "Tubular Beats" - albumie potwornym w każdym calu, w gruncie rzeczy nie stworzonym przez Oldfielda, ale jednak sygnowanym jego nazwiskiem. Tym razem twórca "Dzwonów rurowych", jak za dawnych czasów, nie pozwolił nikomu ingerować w kompozycje, stworzył materiał w pełni autorski, udowadniając, że pogłoski o "kryzysie twórczym" są już przeszłością, albo faktem przynajmniej mocno przesadzonym. Oldfield wprawdzie, jako artysta spełniony, odpuścił sobie tę część twórczości, głęboko artystycznej, w której budował dwudziestominutowe suity i ruszył w kierunku piosenkowych przebojów. Ten, bardziej komercyjny Oldfield, również przyniósł wiele świetnej muzyki - wystarczy wspomnieć nieśmiertelne "Moonlight Shadow" czy "Man in the Rain".

Celowo wspominam te dwa archetypiczne utwory, bo "Man on the Rocks" zdaje się być przesiąknięty ich duchem - zarówno w warstwie instrumentalnej, jak i z lekka onirycznego, spokojnego klimatu. Bo Oldfield znów sięga po gitary, brzmiące zresztą tak charakterystycznie, że nie do podrobienia; tworzy gęste, syntezatorowe tła w barwach z lekka nostalgicznych, ale i pastelowych; dopełnia to żwawa sekcja oraz wokale prezentujące masę wpadających w ucho melodii. Za sprawą wspomnianych syntezatorów muzyka nabiera posmaku końca lat osiemdziesiątych, jest z lekka odrealniona, nawet zamyślona, ale dalej mocno zapadająca w pamięć.

Bo i ciężko znaleźć na "Man on the Rocks" słabszy punkt. Fakt, zdarzają się utwory jakby nudniejsze, zbyt rozlazłe, ale i one, gdy się mocniej wsłuchać, przynoszą koncepty na tyle ciekawe, by nie można było uznać je za kiepskie. Zdecydowanie łatwiej w przypadku nowego Oldfielda mówić o tym co się udało. Jest masa potencjalnych radiówek z prawdziwego zdarzenia ("Sailing", "Minutes", "Chariots"), większość jednak materiału opiera się na atmosferze wyciszonej, balladowej, niezwykle angażującej emocjonalnie i autentycznie przenoszącej w klimat urokliwego pejzażu z okładki. Wspaniale rozkręca się utwór tytułowy (raz, że niejednokrotnie przypominający wokalem Freddiego Mercurego Luke Spiller wkracza na grunt śpiewu podniosłego, to jeszcze Oldfield daje do wiwatu nielichymi gitarowymi solówkami); w podobnym tonie pobrzmiewa "Castaway", "Moonshine" (tutaj świetnie eksponowane są motywy rodem z irlandzkiego folku) oraz fantastyczny "Nuclear" - już te cztery utwory stanowią o wielkiej sile albumu, a są jeszcze trzy przepiękne, powolne ballady "Dreaming In The Wind", "Following The Angels" i "I Give Myself Away".

Prawda, że na "Man on the Rocks" jest słodko, utopijnie, w atmosferze wyciszenia, ale w żadnym wypadku nie jest to muzyka przesłodzona ani pretensjonalna. Raczej piękna pięknem wspomnienia beztroski dzieciństwa albo spokojem spełnienia. Nie ma tu krzty buntu, wściekłości - jest wyłącznie pogodzenie. To zresztą olbrzymia wartość nowego Oldfielda, bo i po co starać się udowadniać rzeczy dawno już udowodnione?

"Man on the Rocks" to album świetny, rzecz jasna znajdą się malkontenci przekonujący grzebiąc palcem w nosie, że to nie "Tubular Bells" (jakby sam tytuł płyty nie wystarczał za dowód), będą też i twierdzący, że niby przebojowo, ale jednak nie jak w "Moonlight Shadow" (też mi odkrycie!). Biadolenie zostawmy zmanierowanym krytykantom. Dojrzali słuchacze na pewno dostrzegą bogactwo melodii, nostalgiczny klimat, kunsztowność kompozycji i masę świetnych, gitarowych solówek - a wszystko to pachnie Oldfieldem na milę. Zbyt wiele jest na "Man on the Rocks" wspaniałych, z pozoru tylko ulotnych piosenek, by nie docenić albumu, a dziury w całym (szepnę jedynie, że delikatnie kuleje brzmienie) szukać nie ma sensu. Może tylko tyle, że do takiej muzyki trzeba jednak dojrzeć.

Grzegorz Bryk


Zdaniem Jurka Gibadło:

 

Szczęśliwy facet w raju, czy przejęty losem świata bard? Na "Man On The Rocks" Mike Oldfield pokazuje swoje dwa oblicza.

Brytyjczyk nie śpieszył się z wydaniem nowej płyty. Ostatnie lata życia spędził na kolejnych zmianach miejsca zamieszkania, by w końcu wylądować na Bahamach. Słoneczne wyspy na Karaibach odcisnęły piętno na Mike'u - wystarczy rzucić okiem na okładkę i tytuł albumu, a później odpalić krążek, by zrozumieć, że Oldfieldowi żyje się wyjątkowo dobrze w nowym domu.

Nie ukrywam - świetnie mi się słucha tak pogodnych numerów, jak "Sailing" czy "Moonshine", w których autor, ustami wokalisty Luke'a Spillera, opowiada o drobnostkach, które mogą dawać radość. O rześkości morskich fal, o świetle księżyca, które muskając nas po twarzy mówi dodaje nam sił do życia. Albo numer tytułowy - delikatna, nieco zadumana balladka, w której siadamy obok Oldfielda na nadmorskich skałach i wpatrujemy się w horyzont, łapiąc każdy ulotny podmuch wiatru - no pięknie! Mike komponuje i gra tu w sposób typowy dla siebie, z miejsca możemy rozpoznać, kto napisał te melodie. A gdy artysta serwuje solówkę na tej jęczącej w charakterystyczny sposób gitarze, ciężko nie przyklasnąć z radości.

I mogłaby być to płyta łatwa, lekka i przyjemna - a przy tym spójna - ale Oldfieldowi zachciało się progresji i poruszania ważnych globalnych tematów, takich jak zagrożenie wojną nuklearną ("Nuclear"). Po pierwsze, jakoś nie jestem w stanie zaufać w tych sprawach facetowi, który przed chwilą śpiewał o radości życia. Po drugie, zaburza to odbiór materiału jako całości. Czy wyobrażacie sobie, by Rihanna na swojej płycie, obok piosenek o miłości i seksie, zarzuciła jakąś filozoficzną pogadanką? No właśnie - to bez sensu. Broń Boże nie porównuję Oldfielda do gwiazdki z Barbadosu. Chodzi mi o to, że skoro porwał się na komponowanie płyty lekkiej, rajskiej, to trzeba było ją taką podać w całości. A jeśli miał do poruszenia jakieś palące dla ludzkości kwestie, mógł je zachować na kolejny materiał, albo wydać album dwupłytowy.

Mimo braku spójności, "Man On The Rocks" to i tak jeden z ciekawszych krążków Mike'a w ostatnich latach. Dla fanów - pozycja obowiązkowa. Dla pozostałych - staw do wyłowienia kilku złotych rybek.

6/10

Jurek Gibadło