Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / In My Soul

In My Soul - Robert Cray

In My Soul

Wykonawca:

Robert Cray

Gatunek:

Blues

8 /10

W niecałe dwa lata po wydaniu poprzedniej płyty "Nothing But Love" na sklepowe półki trafia kolejne wydawnictwo Roberta Cray’a.

W moim postrzeganiu twórczości tego słynnego gitarzysty, obie płyty przedziela koncert, jaki miałem okazję widzieć podczas festiwalu Rawa Blues. Albumy to jedno, fragmenty występów znalezione gdzieś w sieci to drugie, a i tak najważniejsze jest "osobiste" spotkanie podczas koncertu. Dopiero wówczas jestem w stanie wyrobić sobie właściwy i własny obraz danego wykonawcy. Katowicki koncert był bardzo udany i dość mocno przemeblował mój  stosunek do muzyki tworzonej przez Cray’a i to w takim stopniu, że jego najnowszą płytę "przygarnąłem" z dużą radością.

Tytuł albumu potraktowany dosłownie może sugerować, że oto dostajemy kawał prawdziwej muzyki, takiej jaka siedzi gdzieś głęboko w duszy Roberta Cray’a. Jeżeli tak do tego podejdziemy, to dla nas słuchaczy absolutnie dobrze się stało. Nie ma nic lepszego niż sytuacja, kiedy artysta gra to, co mu leży na duszy, bo można się spodziewać dużej dawki szczerości (nie uważam, żeby inne płyty Cray’a takie nie były, ale dla potrzeb tekstu trzymajmy sugestii zawartej w tytule). W duszy Roberta Cray’a, podobnie jak w naszej słowiańskiej, najwięcej jest melancholii, refleksji i zadumy. Na jedenaście utworów aż sześć to ballady o takim właśnie charakterze. Od razu ostrzegam - trzeba mieć odpowiedni nastrój, aby tak dużą dawkę melancholijnych dźwięków przyjąć bez znudzenia i cieszyć się nimi, zwłaszcza, gdy często zdarza się, że jedna ballada następuje zaraz po drugiej. "In My Soul" słuchałem kilka razy i właśnie w zależności od nastroju, albo chłonąłem ją w całości z przyjemnością, albo pomijałem ballady, gdyż sam z siebie byłem w wystarczająco "refleksyjnym" nastroju, aby dodatkowo dołować się taką muzyką.

Zanim zabrzmią wspomniane ballady, słuchacza czeka mocne otwarcie w postaci "You Move Me". To bardzo przyjemny blues-rock utrzymany w charakterystycznym dla Roberta Cray’a stylu. Kompozycja ma duże zadatki na przebój (i to niekoniecznie na bluesowym rynku), zresztą jest lansowana nawet u nas, jako propozycja na "trójkowej" liście, chociaż ja akurat w tej kategorii mam zupełnie innego kandydata. Jest nim "What Would You Say". Piękna, wręcz hipnotyczna, melodia, cudnie brzmiące instrumenty akustyczne (mandolina?), poruszające słowa o marzeniach o lepszym świecie dają w konsekwencji niezwykle przyjemną w słuchaniu rzecz. Zapętliłem ten kawałek za jednym zamachem odsłuchałem go wiele razy. Polecam, bo połączenie muzyki i mądrych, choć prostych słów, daje zupełnie niezwykły w przekazie efekt końcowy.

Producentem materiału jest Steve Jordan i to jemu należą się wielkie słowa uznania za bardzo dobrze wykonaną robotę, głównie za klarowne, czyściutkie, stylowe brzmienie i przyjemne nawiązania do lat '60. Są utwory, jak choćby "Nobody's Fault But Mine", które sprawiają wrażenie jakby zostały wygrzebane gdzieś w zakurzonych archiwach wytwórni Stax. Mnie urzekły zwłaszcza te kawałki, które zostały okraszone delikatnym, ledwie słyszalnym (ja to określiłem jako przekaz podprogowy) podkładem instrumentów klawiszowych (Hammond, piano elektryczne, fortepian). Słuchane przez słuchawki, czyli w sposób umożliwiający wychwycenie wszelkich niuansów dają niesamowitą przyjemność obcowania z delikatnymi dźwiękami budującymi fantastyczny podkład, na tle którego błyszczy surowa gitara Cray’a.

Na program płyty składają się zarówno kompozycje własne jak i covery. Te pierwsze są dziełem Roberta Cray’a oraz muzyków z jego zespołu (głównie basisty Richarda Cousina). Muszę przyznać, że jako kompozytor Cray spisał się wyśmienicie, bo tak się złożyło, że moje najbardziej ulubione utwory z "In My Soul" są właśnie jego dziełem. Wśród coverów wyróżnia się "Nobody's Fault But Mine" znany z repertuaru Otisa Reddinga. Rewelacyjnie brzmiący latami '60 rhythm and blues nasycony soulem (albo odwrotnie) z oldschoolowymi dęciakami. Głównym wokalistą jest tu wyjątkowo perkusista Les Falconer i trzeba przyznać, że wypadł w tej roli bardzo dobrze. Moją najbardziej ulubioną balladą jest bez wątpienia "Fine Yesterday". Przyjemna linia melodyczna, piękny podkład tworzony przez Hammonda i pianino elektryczne, no i najważniejsze - nie nudzi i brzmi niezwykle szczerze. Niewiele ustępuje jej "Your Good Thing’s About To Come To An End". Utwór ten słyszałem już w wielu poruszających wykonaniach i muszę przyznać, że interpretacja Cray’a jest równie udana. Niesamowity ładunek emocji i uczucia. To jedna z tych kompozycji, które są w stanie poruszyć nawet największego twardziela.

Na płycie raczej nie ma wielkich zaskoczeń, bo to co słychać, to Robert Cray taki, jakiego znamy od wielu lat (chociaż bardziej liryczny niż zwykle), ale jest jeden wyjątek. Mam na myśli instrumentalny "Hip Tight Onions". Główną linię melodyczną prowadzą staromodnie brzmiące organy, co jako żywo przypomina dokonania zespołu Booker T and The MGs. Skojarzenie jak najbardziej właściwe, bo utwór jest hołdem oddanym tej formacji. Zawsze miałem Roberta Cray’a za poważnego faceta (czasem nawet wręcz za "sztywniaka") a tu takie "coś" - lekkie, zabawne, frywolne. Bardzo, bardzo sympatyczna rzecz. Słowa uznania należą się kompozytorowi tego utworu basiście Richard’owi Cousinowi. Zapewne tytuł płyty został zapożyczony od kawałka "Deep in My Soul" znanego z repertuaru Bobby "Blue" Blanda. Ponownie mamy powrót do lat '60 i ponownie dużą dawkę emocji. Po długich 30 sekundach ciszy rozbrzmiewa jeszcze bonusowy "Pillow" z sitarowo brzmiącą gitarą i tak się kończy płyta "In My Soul".

Dyskografia Roberta Cray’a pomału zbliża się do "dwudziestki". To zaiste imponująca liczba. Dobrze, że gitarzysta nie zamyka się szczelnie w jednej stylistyce, że na swoich kolejnych krążkach próbuje pokazywać słuchaczom nieco inne oblicze. Czasem jest to coś bardziej wyrazistego, innym razem doprawionego większą dawką liryzmu, czasem większą ilością soulu, a czasem dominuje blues-rock. Jak by nie była skonstruowana płyta, zawsze da się wyczuć, że to Robert Cray, gdyż dorobił się on charakterystycznego i rozpoznawalnego stylu. Wypada pochwalić wyczucie i intuicję pozwalającą mu bezbłędnie dobrać współpracowników, tak aby w jak najwyższym stopniu osiągnąć zamierzony cel. W takim właśnie kontekście odbieram choćby zmianę producenta, bo jakoś nie widzę Kevina Shirleya pracującego nad "In My Soul". Płyta pokazuje bardziej liryczną stronę Roberta Cray’a i nawet ja, raczej sceptycznie nastawiony do jego twórczości, doceniam to co zrobił.

Robert Trusiak