Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Candlelight Concerts - Live at Montreux 2013

The Candlelight Concerts - Live at Montreux 2013 - Brian May & Kerry Ellis

The Candlelight Concerts - Live at Montreux 2013

Wykonawca:

Brian May & Kerry Ellis

Gatunek:

Rock

7 /10

Od roku 2002, kiedy to miała miejsce premiera spektaklu "We Will Rock You" (z przebojami grupy Queen, rzecz jasna), muzyczne drogi Briana May'a i Kerry Ellis z wyjątkową zaciętością krzyżują się, z czego wychodzą wcale niezgorsze kooperacje.

O ile gitarzysty legendarnych Queen przedstawiać nie trzeba, o tyle Kerry Ellis może być mniej znana w Polsce, choć jej muzyczne dokonania są również imponujące. Blondwłosa wokalistka znana jest przede wszystkim z spektakli muzycznych - wystąpiła między innymi w tak słynnych musicalach jak "Nędznicy", "My Fair Lady" czy "Wicked". W 2008 roku zaś zadebiutowała solową EPką "Wicked in Rock", dwa lata później natomiast pełnowymiarowym debiutem "Anthems". Produkcją obu krążków zajął się nie kto inny, jak Brian May, który zagrał zresztą na całej palecie instrumentów, sprawiając, że pierwszy krążek Ellis brzmi iście po queenowsku - fani zespołu koniecznie powinni się nim zainteresować.

Duet May/Ellis bardzo przypadł sobie do gustu, bo w 2012 roku muzycy wyruszyli w trasę koncertową "Born Free Tour", której zwieńczeniem był akustyczny album "Acoustic by Candlelight" (2013) - dołączony do niniejszego wydania w ramach bonusowego CD. 19 lipca 2013 roku natomiast, w urodziny Briana Maya, duet wystąpił podczas Montreux Jazz Festival i to właśnie zapisem owego wydarzenia jest pierwsze wspólne DVD Ellis i May'a "The Candlelight Concerts".

Pierwsze, co nasuwa się na myśl po obejrzeniu występu z Montreux to, że jest niepoprawnie wręcz słodko. Zabawowo, śmiechowo. Rozradowany od ucha do ucha May jak z rękawa sypie żarcikami, które najbardziej cieszą rozchichotaną Kerry Ellis, publice klimat również się udziela (w czym pomagają poustawiane tu i ówdzie na scenie, tytułowe świece) i chociaż na sali zgromadził się kilkutysięczny tłum, to atmosfera jest iście przyjacielska i rodzinna. W pewnym momencie robi się wręcz absurdalnie, bo tak jak nasi rodzimi artyści śpiewają dla Białorusinów czy ostatnio Ukraińców, tak Brian May, jako człowiek z zupełnie innej bajki, ale i niewątpliwie światowy, bez poczucia obciachu gra dla afrykańskich lwów i borsuków - jedna z grafik na pudełku (wyświetlana również podczas koncertu) przedstawia nawet zwierzaka z tego gatunku, wybitnie zresztą smutnego, jakby od małego zaczytywał się w pesymistyczno-egzystencjalnych rozważaniach Artura Schopenhauera. Na tle zaś owego zdołowanego stworzenia duet podśpiewuje z pełnymi pasji minami zaangażowaną balladę. Trudno się nie uśmiechnąć.

Większa część półtora godzinnego występu ma charakter akustyczny. May chwyta za gitarę bezprądową, Jaff Leach podgrywa na pianinie i klawiszach, Ellis śpiewa - a wokal ma świetny technicznie, choć barwowo raczej mało niezwykły. Duet sięgnął zarówno po utwory queenowskie (m.in. "Crazy Little Thing Called Love", "No-One But You", "Love of My Life", "Somebody To Love", "Life is Real", "We Will Rock You"), klasyk z repertuaru Kansas ("Dust in The Wind") oraz The Beatles ("Something") i piosenki kilku innych mniej lub bardziej znanych artystów. Znalazły się też rzeczy w pełni autorskie ("The Kissing Me Song"). Zdecydowana większość została odegrana akustycznie, mało widowiskowo, ale czarująco w słodkim stylu. Zasadniczo nie jest to wielkie granie, ale całkiem przyjemnie kołyszące. Dużo ciekawiej robi się, gdy May sięga po gitarę elektryczną i to właśnie te momenty mogą uchodzić za stanowiące o sile wydawnictwa ze szwajcarskiego Montreux - charakterystyczne, niepodrabialne brzmienie, kilka mocniejszych riffów, świetne solówki. May udowadnia, że wciąż należy do elity najciekawszych gitarzystów w historii muzyki.

Jeśli zaś idzie o realizację wizualną, to narracja jest niczym muzyka - spokojna, stonowana, niespieszna, bez zbędnego efekciarstwa montażowego, a obraz rzeczywiście krystalicznie czysty. Idealnie buduje rodzinny nastrój koncertu. Artyści zresztą przez większą część występu są raczej statyczni, siedzą na krzesełkach, w tle zaś wyświetlane są mniej lub bardziej interesujące wizualizacje (w tym wspomniany smutny borsuk). Właściwie jedynym efektem specjalnym są tu nieprzerwanie od pięćdziesięciu lat puchate włosy Briana Maya - głowę dałbym sobie uciąć, by wiedzieć jakiego artysta używa szamponu!

Gdy koncert dobiega końca, pozostaje pewne poczucie niedostatku - czegoś jakby brak, muzyka ma za mało mocy, za dużo zaś słodyczy, Ellis gra trochę jakby za bardzo drugie skrzypce w obliczu mieniącego się wszystkimi kolorami tęczy Maya. Z drugiej jednak strony to półtoragodzinny koncert niesłychanie kojący, nastrojowy atmosferą rodzinnego pikniku, pozbawiony raczej artystycznego zadęcia, a nastawiony na sielskie zgromadzenie. Ładne, kolorowe granie, ale nic ponad to.

Grzegorz Bryk