Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Redefined Mayhem

Redefined Mayhem - Holy Moses

Redefined Mayhem

Wykonawca:

Holy Moses

7 /10

Wściekłość musiała ogarnąć Mojżesza, że postanowił roztrzaskać dekalog o głowy jakichś nieszczęśników. Wściekłość to dobre słowo, które opisuje "Redefined Mayhem".

Weterani niemieckiego thrashu na jedenastym albumie studyjnym przygotowali trzynaście premierowych kompozycji. W sumie niewiele ponad trzy kwadranse muzyki, która gładko wpisuje się w standardy sceny znanej jako teutonic thrash metal. Na "Redefined Mayhem" chodzi przede wszystkim o szybkość i odpowiedni ciężar, rzadziej popisy instrumentalne, choć tych też nie zabrakło, szczególnie na poziomie solówek gitarowych. To krążek, który utrwala pozycję Holy Moses na rynku niemieckim, ale też nawołuje z góry Synaj wszystkich entuzjastów niemieckiego thrashu z całego świata.

Te porównania biblijne nie wynikają tylko z budzącej wyobraźnię okładki "Redefined Mayhem", ale też z antychrześcijańskiego przesłania zespołu z Aachen. Zarówno w słowach, jak i obrazkach zawartych na płycie nie brakuje dużej gorliwości w realizacji owego przesłania. Pod tym względem mamy do czynienia z nawiązaniem do koncepcji "Welcome To Hell" legendarnego Venom, choć w wersji nadreńskiej, która zawiera wszelkie regionalizmy właściwe kulturze naszych zachodnich sąsiadów. Tyle o symbolach związanych z płytą, która pod komendą niestarzejącej się Sabiny Classen nie wniosła co prawda świeżości do gatunku, ale dołożyła kilka solidnych cegieł do tej potężnej niemieckiej thrash metalowej budowli. Autorstwo większości utworów należy przypisać basiście Thomasowi Neitschowi i gitarzyście Petereowi Geltatowi. Trochę się to przełożyło na ogólny wydźwięk "Redefined Mayhem", gdzie wiodącą rolę pełnią zagrywki gitarowe i różne ich wariacje. Muzycy Holy Moses na ogół zasuwają w szybkim i wściekłym tempie, niekoniecznie myśląc o urozmaiceniach, nieczęsto też przekraczając granice podstawowych założeń, jak dla odmiany stało się to choćby w kąśliwym "Process of Projection" albo krótkiej torpedzie "This Dirt".  

Taki obrót spraw przełożył się na wrażenie, że krążek ma w sobie coś schematycznego. Niektóre z trzynastu kompozycji sprawiają wrażenie skopiowanych albo w najlepszym przypadku trzymają się prostego standardu, do którego Neitsch i Geltat dołożyli kilka drobiazgów. Te drobiazgi, serwowane głównie w początkowych lub końcowych fragmentach utworów, zostały oparte na ogół na chwytliwych zagrywkach gitarowych. Czasem pole do popisu dostał też perkusista Gerd Lücking, można chwilami usłyszeć nieliczne wściekłe thrashowe wyścigi gitarowe albo naprawdę efektowną solówkę, ale częstotliwość takich zabiegów nie jest zbyt imponująca. Może dlatego, że Geltat może ścigać się co najwyżej ze ścieżkami, które sam wcześniej zarejestrował? Chyba Holy Moses przydałoby się jeszcze jedno wiosło! Ogólną konwencję albumu złamały, wyróżniające się kombinacjami z tempem, utwory "Triggered" i "One Step Ahead of Death".

Te spostrzeżenia nie są w każdym razie dużym zarzutem pod adresem Holy Moses, bo czy ktoś spodziewa się po niemieckim thrashu kombinowania ze strukturą kompozycji albo ich nadmiernego urozmaicania? Chodzi o wściekłość, zasuw i bezkompromisowość, a tego nie zabrakło. Problem z "Redefined Mayhem" mogą mieć jednak osoby, które znają poprzednie dzieła grupy, bo pomimo przetasowań w składzie, ogólna filozofia i pomysł nie uległy zmianie. Zresztą tak samo, jak forma wokalna Sabiny Classen, która po abdykacji Angeli Gossow aspiruje, by zostać carycą żeńskich death growli. Jej wokale mogłyby zawstydzić niektórych samców w ramach tego gatunku.

Konrad Sebastian Morawski