Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Distant Satellites

Distant Satellites - Anathema

Distant Satellites

Wykonawca:

Anathema

9 /10

Dwa lata minęły od wydania przez Anglików "Weather Systems". W tym czasie zdołali objechać świat koncertując, nagrać live album ("Untouchable") i zarejestrować DVD ("Universal"). I skomponować nowy materiał, któremu z czasem nadano tytuł "Distant Satellites".

Album nie przekona nieprzekonanych, ale na pewno zadowoli tych, którzy lubią ich ostatnie wydawnictwa. Stanowi on w prostej linii kontynuację Anathemy z "We're Here Because We're Here" i "Weather Systems". Bardziej delikatnego i jaśniejszego oblicza zespołu, nawet jeśli na "Distant Satellites" pojawiają się ciemniejsze odcienie nieco kojarzące się z "Judgement". Zdaję sobie sprawę, że niektórzy woleliby, żeby Anglicy nagrywali "Pentecost V", "VI" i kolejne, ale to się już na pewno nie stanie. Podobny problem musiał mieć fan zakochany w "A Saucerful of Secrets" czy "Ummagumma" słysząc "The Division Bell". Taki kierunek jednak obrał zespół i można to zaakceptować lub zwyczajnie nie słuchać.

Swoje nowe dziecko Brytyjczycy powierzyli Norwegowi. Ponownie produkcją zajął się były gitarzysta In The Woods Christer-Andre Cederberg ("Weather Systems" i "Universal") i kolejny raz stanął na wysokości zadania. Możemy rozkoszować się przestrzenną, subtelną, nieprzesłodzoną produkcją. Wyważoną, gdzie żaden dźwięk nie ginie w natłoku innych, nawet kiedy spotykają się w crescendo. Możemy wyłowić poszczególne nakładające się na siebie brzmienia wszystkich instrumentów.

Wspomniałem, że "Distant Satellites" jest albumem o nieco ciemniejszym odcieniu niż dwa poprzednie, Znalazło się na nim trochę więcej smutku, ale wciąż jest tu mnóstwo emocjonalnego grania i swoistego piękna. Płyta zaczyna się subtelną przestrzenną orkiestracją, nerwowym biciem perkusyjnym i rozpościerającym się nad nimi wokalem Vincenta, do którego stopniowo dołącza brzmienie fortepianu i wokal Lee Douglas. Nim się zorientujemy, siedzimy w rozpędzonej muzycznej lokomotywie, w jaką zamienia się ten utwór ("The Lost Song p.1"). Aż do pełnej emocji kulminacji. Ponownie większość kompozycji ma otwartą strukturę, zaczyna się od pojedynczych dźwięków i stopniowo dołączają kolejne instrumenty aż do kulminacji. Bardzo często to brzmienie fortepianu otwiera kompozycje, co pozwala przypomnieć, jak dobrze do składu wkomponował się Daniel Cardoso. Ten były muzyk Sirius i Head Control System (w duecie z Garmem z Ulver) przyszedł z innego muzycznego świata, ale bardzo szybko zaadaptował się do warunków, jakie panują w uniwersum Anathemy. Podobnie Lee Douglas, która już na "Weather Systems" dostała szansę na pełniejszą prezentację swoich możliwości. Nie inaczej jest na "Distant Satellites" (w całości zaśpiewane "The Lost Song p.2" czy większa część "Ariel"). Następny na płycie "Dusk", ze świetnym tematem w końcówce, w którym pojawiają się cięższe gitary, mógłby spokojnie znaleźć się na "Judgement".

"Distant Satellites" zawieszony jest między ciszą, spokojem a burzą emocji. Napięcie wydaje się być obecne cały czas, mamy jedynie poczucie, że przygaszone jest tylko na chwilę. Kolejny raz gentlemani z Liverpoolu z wielkim wyczuciem prowadzą słuchacza przez swój muzyczny świat. Umiejętnie budują dramaturgię poszczególnych kompozycji. We właściwych proporcjach wymieszali piękno i smutek, melodię z odrobiną drapieżności. Pod tym względem nic się nie zmieniło, wciąż jest dobrze. Nieco rozczarowujący może być jednak fakt, że w dużej mierze mamy do czynienia z bardzo bezpiecznym krążkiem. Właściwie dopiero dalsza część albumu przynosi wyjście z owej strefy bezpieczeństwa, kiedy trochę własnej przestrzeni dostaje elektronika. Słychać echa Radiohead ("You're Not Alone", "Distant Satellites"), gdzie elektroniczny bit połączony jest z brzmieniem fortepianu i klawiszowym tłem. I to byłby ciekawy kierunek dla Brytyjczyków w przyszłości, połączenie wrażliwości Anathemy z brzmieniem podbitym elektroniką. Zresztą Danny Cavanagh w jednym z wywiadów zapowiada, że kolejne wydawnictwo będzie inne. Trzymam za słowo.

Może brzmi to jakbym się skarżył, jednak to, co otrzymuję wraz z "Distant Satellites" bardzo mi się podoba. Mam jednak wrażenie, że płyta jest zwieńczeniem i podsumowaniem pewnej drogi rozpoczętej na "We're Here..." i chciałbym, by następny krok był choćby nieznacznie w innym kierunku. "Distant Satellites" oferuje dość piękna, przestrzeni, subtelnych orkiestracji, zgrabnych, niekiedy fantastycznych tematów (końcówka "Anathema" najlepszym przykładem), by nie czuć niedosytu, jedynie satysfakcję. Brytyjczycy wciąż wiedzą, jak się pisze dobre kawałki.

Sebastian Urbańczyk