Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Goin’ Home

Goin’ Home - The Kenny Wayne Shepherd Band

Goin’ Home

Wykonawca:

The Kenny Wayne Shepherd Band

Gatunek:

Blues

7 /10

Pamiętam jak pierwszy raz zetknąłem się z muzyką Kenny'ego Wayne’a. Było to ładnych kilka lat temu w komisie muzycznym Muzant w Warszawie.

Szperałem po półkach i nagle z głośników poleciał Steve Ray Vaughan. Potem jednak wszedł wokal i zdałem sobie sprawę, że to nie może być SRV. Pytam sprzedawcy, co to za cudeńko. Okazało się, że tak gra Kenny Wayne Shepherd. Tym sposobem znalazłem porządnego gitarzystę bluesowego do jarania się. Zadziorne, brutalne brzmienie Fendera, niemal kalka wspomnianego Steve’a, co zresztą w żaden sposób nie uwłacza kunsztowi Shepherda.

Rok 2014 przynosi nam kolejną, siódmą w dorobku płytę gitarzysty. Album "Goin’ Home" naszpikowany jest udziałem gości z szerokiej amerykańskiej sceny bluesowej. Na czele z moim ulubieńcem Warrenem Haynesem, który udziela się wokalnie w "Breaking Up Somebody’s Home". Jego stylowy głos znakomicie uzupełnia się ze specyficzną, ‘ciemną’ barwą Shepherda. O samych kompozycjach trudno napisać coś odkrywczego, albowiem już dawno wymyślono w bluesie ramy, których przeskoczyć się nie da, i wręcz nie powinno się próbować. Pełno tutaj typowych, wolnych bluesideł, trochę soulu (jak w otwierającym płytę "Palace of the King" z gościnnym udziałem Rebirth Brass Band), trochę Delty. Czasem są to ostre, kroczące, twarde bluesy, w których spokojnie sprawdziłby się Tom Waits (np. "Boogie Man"). Z gości warto jeszcze wymienić jeszcze Ringo Starra, który bębni w "Cut You Loose".

Wśród piętnastu kawałków na "Goin’ Home" (recenzujemy wersję deluxe z trzema bonusowymi utworami), znalazło się także miejsce dla kilku coverów. Nie jest to oczywiście żadna nowość w bluesowym światku, że do standardów muzycy podchodzą z należnym szacunkiem. Mamy więc Shepherdowską wersję "House is a Rockin" Steviego Ray Vaughana oraz "Born Under Bad Sign", gdzie zresztą dosłuchać się można cytatów z bogatej księgi zagrywek SRV.

Shepherd nie popisuje się swoją grą, a solówki gra oszczędne. Nie stosuje nadmiernej wirtuozerii, sola nie są odrębnymi częściami kompozycji, wręcz przeciwnie - jasno wynikają ze struktur utworów. Za to należą mu się brawa, albowiem z takimi umiejętnościami wielu gitarzystów zmierzało by do bezsensownych i bezpłciowych szaleństw.

Płytę oceniam na mocną siódemkę. Mam świadomość, że to wszystko już gdzieś kiedyś było, a jednak dobrego bluesa posłuchać zawsze warto.

Piotr Rutkowski