Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Fight for Oxygen

Fight for Oxygen - Black Water Panic Project

Fight for Oxygen

Wykonawca:

Black Water Panic Project

9 /10

Uwaga! To jest recenzja tylko dla dorosłych. Niepełnoletni czytelnicy zaglądają do tego tekstu na własną odpowiedzialność. Zresztą omówienie debiutu Black Water Panic Project może zaszkodzić również dorosłym…

Gdzie jest moja zatruta strzykawka?! Kilogram gwoździ dziewięciocalowych poproszę na dzisiejszą kolację! Nad przepaścią szaleństwa znalazłem się po pierwszym, drugim i dziesiątym odsłuchu "Flight for Oxygen". Album stworzony przez człowieka podpisanego jako Nightmare Animal, w mniejszym zakresie przez czterech innych muzyków, wkręca się bardzo mocno w psychikę słuchacza. Świdruje ją. Dostaje się do tych rejonów percepcji, które pozwalają odkryć najbardziej mroczny sens wynikający z nosce te ipsum. Ta płyta to szaleństwo.

Nieprzypadkowo wspomniałem w drugim akapicie o strzykawkach i gwoździach dziewięciocalowych. To atrybuty bliskie sensualnemu przesłaniu Nine Inch Nails albo po prostu genezie nazwy legendy amerykańskiego rocka industrialnego. Na premierowym dziele Black Water Panic Project znalazło się znacznie więcej industrialu, niż rocka. Co rusz na krążku, niczym z przebitego serca, wylewają się rozliczne sample, elektroniczne brzeszczoty i powodujące dreszcze na skórze inne nieszablonowe ścieżki elektroniczne. Nie sposób oprzeć się zimnemu, surowemu klimatowi "Flight for Oxygen". To, w połączeniu z industrialnym buntem, tworzy znakomity muzyczny manifest. Rzecz zarejestrowaną przeciwko nośnym ideom. Odzwierciedlenie buntu właściwego kulturze industrialnej, który często przybiera formę bardzo depresyjną, wręcz samobójczą, rzadziej ostro sprzeciwia się systemowi.

Na pierwszym dziele Black Water Panic Project nie zabrakło niesamowitych zagrywek gitarowych. W pierwszy plan wysuwa się  klasyczne, wpisujące się w brzmienie początku lat dziewięćdziesiątych w rocku i metalu, intro do utworu "White (Still)". To gitara, która mogłoby z powodzeniem ozdobić niejeden porządny film sensacyjny. Rzecz o wielkiej sile rażenia. Zresztą skojarzeń filmowych "Flight for Oxygen" dostarcza co niemiara, chodzi zarówno o skomplikowane dzieła Davida Lyncha, np. "Intro (Wasted Guitar Theme)", wspominaną wcześniej sensację wysokich lotów, ewentualnie wysokobudżetowy film pornograficzny, np. "Transmission from the Lonely Room" (tytuł paradoksalny). Ten album to także spora dawka klimatu, który pewnie niejednokrotnie rysował się w głowie ludziom przewlekle chorym psychicznie. Dziwne, rwane i szarpane kompozycje, "Happy Pills" lub "Waiting", zostały uwięzione pomiędzy szlachetnym industrialem a niedopowiedzianym rockiem. Całość utrzymana w oryginalnej narracji, której nie można porównać ani do Trenta Reznora, ani do Tilla Lindemanna.

Osobną kategorię na "Flight for Oxygen" stanowią utwory zagrane po polsku. Przyznam, że gdyby drzewo na mój grób zostało już ścięte to chciałbym zamiast requiem pogrzebowego usłyszeć utwór zatytułowany "Świt". Nie chodzi mi wyłącznie o piękne słowa, ale też o muzyczną wymowę kompozycji. To jedna z najpiękniejszych form zlokalizowanych w klimacie smutnej ballady. Pełna industrialnego popiołu, prowadzona mszalnymi klawiszami, kokietująca nieco z współczesnym dyskotekowym elektro. Następujący tuż po tym utworze "Niecodzienność" jest już bliski ogólnym założeniom krążka, co dla osób niewrażliwych na język angielski może uwydatnić sens obecności Black Water Panic Project na polskiej scenie muzycznej. Sens mroczny, złowieszczy i szalony… jednocześnie dalece pociągający.

Mam takie wrażenie, że muzyk ukrywający się pod pseudonimem Nightmare Animal to artysta, o którym w niedalekiej przyszłości jeszcze usłyszymy. Być może będzie to słuchanie w pomieszczeniu bez klamek. Znajdzie się tam autor "Flight for Oxygen", znajdą się tam też odbiorcy tego dzieła. To oczywiście wariant optymistyczny. Depresyjność tego albumu skłania bowiem wrażliwe osoby do spotkania się z ostatecznością. Sądzę więc, że do debiutu Black Water Panic Project należy podchodzić ostrożnie. To znakomity album. Pod względem muzycznym stanowi dawno nie widziane na polskim rynku industrialne uderzenie, ale jego wymowa dla niektórych może być ciosem, jaki zadaje Chuck Norris. Słuchajcie rozważnie.

Konrad Sebastian Morawski