Kup Magazyn Gitarzysta

Heroes - Sabaton

Heroes

Wykonawca:

Sabaton

Gatunek:

Power metal

7 /10

Zagraniczna prasa już okrzyknęła "Heroes" arcydziełem. Opinie te są, nawet dla mnie - wieloletniego fana grupy, mocno przesadzone.

Owszem, "Heroes" niebezpiecznie zbliża się do poziomu najlepszego jak do tej pory "The Art of War", ale ma kilka wad, które nie pozwalają postawić go na power metalowym podium.

Zanim jednak do nich dojdziemy, garść historii. Dwa lata temu zespół opuściła czwórka z sześciu dotychczasowych członków, stawiając tym samym przyszłość Sabaton pod znakiem zapytania. Nic bardziej mylnego. Dwójka odpowiedzialna za muzykę i promocję zespołu Par Sundström i Joakim Broden pozostała na stanowiskach. Pełni nowych pomysłów i nadziei na lepsze jutro dokooptowali do bandu trzech nowych muzyków. W takim składzie, w którym warto przede wszystkim odnotować bardzo dobrze śpiewającego gitarzystę Thobbe Englunda, zespół przystąpił do dalszego podboju świata. Wysiłku włożonego w wojaże komentować nie będę, grunt, że pozostała po tych podróżach pamiątka z polskiego festiwalu Woodstock. W Kostrzynie grupa zaprezentowała się w nowym składzie i pokazała, że Sabaton wciąż kopie tyłki. Inaczej zresztą być nie mogło.

Dziesiątki koncertów później, w tym w USA, zespół po raz szósty zameldował się w cenionym studio braci Tägtgren w celu zarejestrowania swojego kolejnego opus magnum. Decyzja jak zwykle słuszna; nie wyobrażam sobie, aby nagrań dokonano gdzie indziej. Tym bardziej, że "nowi" musieli się wykazać pod okiem realizatora, który zespół poznał już wcześniej. W tym wypadku debiutujące trio spisało się na medal, zwłaszcza siedzący za perkusją Hannes Van Dahl, znany power metalowym słuchaczom z nagrań ostatniego, jak dotąd, albumu Evergrey.

Stylistycznie formacja zrezygnowała z patosu na rzecz bardziej tradycyjnego heavy metalu, co jest zdecydowanie in plus. Ciekaw jestem, czy mniejsza ilość sampli i syntezatorów to konsekwencja braku w składzie Daniela Mÿhra, czy może świadome odejście od tej formuły na rzecz gitarowych popisów. Tych ostatnich nie brakuje, co dobitnie pokazują dwa singlowe utwory - wybitnie skoczne "To Hell And Back" oraz "Resist and Bite", którego początek budzi skojarzenia z "Thunderstruck" AC/DC. Swoją drogą, rytmicznie też jest ciekawie. Hannes niezbyt często korzysta z podwójnej stopy, a jeśli już, to żeby trochę pomieszać w czasie akcentów na bellu. Nie oczekujcie typowych power metalowych kanonad jak "Talvisota" czy "The Lion of the North" z "Carolus Rex". Tym razem królują średnie tempa, choć oczywiście, wycieczki w stronę szybkiej młócki, w której przecież Sabaton dobrze się sprawdzał, mają swoje miejsce. Jeśli miałbym wskazać faworyta w tej kwestii, to stawiam na rozpoczynającego "Heroes" "Night Witches".

Co z wokalami? Brodén jest w formie, zresztą, nie tylko on, bo narybek też się udziela. Niestety, największą wadą albumu jest po prostu słaba i zupełnie niepotrzebna ballada. Szwedzi, choć potrafią wykreować przejmującą atmosferę (przykłady z poprzednich płyt śmiało można mnożyć), tak w starciu z typową, niemal podręcznikową heavy metalową balladą polegli z kretesem. Szkoda, bo mógł to być ciekawy "eksperyment". Tutaj jeszcze jedna uwaga. "The Ballad of Bull" położył sam Joakim, co jest bodaj największym zaskoczeniem.

Mimo mojego uwielbienia do Sabaton, "Heroes" nie jest najlepszym dziełem tego zespołu. Jest to krążek nieco inny, poddany w pewnym sensie odciążeniu i na swój sposób skrojony na potrzeby mniej wymagającego heavy metalowego słuchacza. Dla jednych może to być zaleta, ale od zespołu takiego jak Sabaton oczekuję czegoś więcej. W końcu, jakby nie było, aspirują do miana najlepszego power metalowego zespołu świata. Jak do tej pory dominują, ale starzy wyjadacze nie śpią i mogą to potknięcie wykorzystać.

Grzegorz "Chain" Pindor