Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Black Soul Choir

Black Soul Choir - Wolves Like Us

Black Soul Choir

Wykonawca:

Wolves Like Us

Gatunek:

Metal

9 /10

Krążek zatytułowany "Black Soul Choir" to drugi duży album norweskiego Wolves Like Us. Jakże obiecujący!

Zespół z Oslo tworzą Espen Helvig (gitara), Toy Kjeldaas (bas), Larsh Kristensen (wokal, gitara) oraz Jonas Thire (perkusja). Warto zapamiętać te nazwiska, ponieważ odnoszę wrażenie, że muzycy ci przed kilkoma laty uformowali w krainie fiordów grupę, o której w niedalekiej przyszłości może być bardzo głośno. Świadczy o tym jedenaście argumentów. To utwory tworzące "Black Soul Choir".

Poszukując punktów odniesienia do twórczości Wolves Like Us można zabrnąć do różnych gatunków metalu. Zespół nie stroni zarówno od prostych zagrywek heavy metalowych, jak też odważnie sięga po patenty w stylu sludge, stoner i groove. To wzbudza naturalne skojarzenie z działalnością Mastodon, ale duch muzyki zawartej na "Black Soul Choir" sięga również przeszłości. Na krążku znalazło się bowiem pełno wpływów z okresu, gdy rynki muzyczne zalewała fala nu metalu. To także dzikość grunge, a więc gatunku będącego u szczytu popularności długo przed wykształceniem się nowej fali metalu. Jednak przesadą byłoby twierdzenie, że drugi album norweskiego zespołu to ilustracja eklektyzmu muzycznego. Chyba że eklektyzmu rozumianego w sposób wąski, jako łączenia różnych nurtów w metalu.

To łączenie, choć ryzykowne, bez wątpienia powiodło się muzykom Wolves Like Us. Słuchając tego albumu czułem się jakbym obserwował rzeczywistość z huśtawki pozbawionej atestowanego mechanizmu bezpieczeństwa. Ta niepewność jest nieodzowna, gdy Larsh Kristensen przeistacza się z Troya Sandersa w Sonny’ego Sandovala, a zespół elektryki zamienia na akustyki. To zdumienie towarzyszy odsłuchowi dzieła, gdy po dynamicznej heavy metalowej kompozycji przewody słuchowe wypełniają się alternatywnym, lekkostrawnym i szalenie klimatycznym ujarzmianiem rozgrzanej do czerwoności gitary. Krążek nie sprawia jednak wrażenia jakiejś przypadkowej składanki, czy też czarno-białego odbijania piłeczki od jednej do drugiej metalowej ściany. "Black Soul Choir" to poukładana w szczegółach struktura. Muzyka utrzymana w perspektywie okołometalowej, biorąca to co najlepsze z różnych nurtów metalu. Kategorycznie należy jednak zapomnieć o ekstremalnych formach tej muzyki. Na "Black Soul Choir" ich nie uświadczymy.

Istnieje ryzyko, że przy drugim dziele Wolves Like Us nie będą się dobrze bawić tradycjonaliści. Ludzie, którzy nie lubią eksperymentów albo zbytniego urozmaicania muzyki. Zawartość "Black Soul Choir" aż kipi od niespodzianek, co sprawia, że na oswojenie się z tym albumem może upłynąć kilka (…naście? …dziesiąt?) odsłuchów. To w każdym razie przyjemne oswajanie się, bo choć krążek nie trwa nawet trzech kwadransów, to nieustannie coś nowego w nim odkrywam, a przy "Black Soul Choir" spędziłem już co najmniej kilka godzin. I pewnie spędzę więcej, bo w muzyce Wolves Like Us tkwi jakiś trudny do uzasadnienia magnetyzm. Coś, co wyróżnia mistrzów spośród solidnych rzemieślników. Czy chodzi o to, że zespół wprowadził znaczący powiew świeżości na metalowe horyzonty? Czy rzecz tkwi w tym trochę pochmurnym klimacie? Odpowiedź może być banalna, ale w tej chwili daleko mi do poszukiwania konkretu, bo "Black Soul Choir" dostarczył mi wielu znakomitych wrażeń. Nie można nie wspomnieć również o niezwykle wszechstronnym wokaliście. O ile instrumentalistom łatwiej przychodzi wcielanie się w pewne role do odegrania, o tyle wokalista musi mieć cechy kameleona, aby osiągnąć założony przed nagrani efekt. Larsh Kristensen takie cechy posiada.      

Konkluzją chciałbym uderzyć w doniosłe tony. Oto bowiem na wewnętrznej okładce krążka z trudem można dostrzec napis 'per me caedi vident', co w polskim przekładzie oznaczać będzie sformułowanie 'poprzez mnie niewidomi zobaczą'. Tego też życzę Wolves Like Us, aby poprzez "Black Soul Choir" zdołali przekazać swoją filozofię jak największej ilości odbiorców. Album zasługuje, by znaleźć się na piedestale.

Konrada Sebastian Morawski