Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Savage Gold

Savage Gold - Tombs

Savage Gold

Wykonawca:

Tombs

Gatunek:

Black metal

8 /10

"Savage Gold" należy aplikować ostrożnie, tak, aby nie ugiąć się pod ciężarem tej produkcji. Sludge/black metalowcy przypierdzielają tak mocno, że szczena sama opada i nie prędko powraca na swoje miejsce.

To zasługa m.in. Erika Rutana odpowiedzialnego za brzmienie, lecz wysoka nota wystawiona kolejnej pozycji w dyskografii Amerykanów to nie wynik wyłącznie jego pracy. Jeśli miałbym wskazać najbardziej złowieszczy, posępny, a zarazem przestrzenny album ostatnich miesięcy, wybór pada na "Savage Gold". Zresztą, panowie jak na razie w tym roku na swoim poletku nie mają większej konkurencji.

Surowa, sucha produkcja Rutana w połączeniu z klimatem tworzonym przez brooklyńską formację wespół z doskonałą pracą sekcji rytmicznej sieje - a jakże - czyste spustoszenie ku czci samego rogatego. Choć zespół niespecjalnie przyznaje się do konszachtów z Panem Piekieł, black metal gra tutaj pierwsze skrzypce. Lwia część albumu została utrzymana w średnioszybkich tempach z okazyjnym "dokładaniem do pieca" za pomocą blastów, lecz dopiero wtedy, kiedy panowie przypominają sobie dlaczego świat kocha sludge/shoegaze, a nawet mrok rodem z płyt Type O Negative ("Severed Lives"), słuchacz otrzymuje doskonały obraz siły i potęgi Tombs. Nie bez kozery zachodnia prasa uznała ten album za jedno z najlepszych i najbardziej wyczekiwanych undergroundowych wydawnictw.

Cóż, biorąc pod uwagę arsenał, jaki mają w zanadrzu, wróżę im międzynarodowy sukces na scenach wielu metalowych festiwali. Swoje miejsce Amerykanie odnajdą jednak wszędzie tam, gdzie liczy się dobra muzyka - nieistotne czy będzie to impreza w towarzystwie Jesu cz Xasthur, Tombs ze swoim "Savage Gold" jest zespołem uniwersalnym, zarówno dla piewców undergroundu, jak i czcicieli coraz bardziej melodyjnego Watain. Inaczej rzecz ujmując, najnowsza pozycja zespołu jest stylistycznie różnorodna, lecz podana w takiej formie, aby słuchacz w żaden sposób nie odczuł znużenia i wciąż odnosił wrażenie, że słucha jednego monstrualnego kolosa (w tym przypadku jest to zaleta), który powala na glebę już od pierwszego riffu napędzanego podwójną stopą "Thanatos".

Grzegorz "Chain" Pindor