Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Ultraviolence

Ultraviolence - Lana Del Rey

Ultraviolence

Wykonawca:

Lana Del Rey

Gatunek:

Pop

8 /10

Moda na retro granie dotknęła nie tylko rocka, elektronikę czy metal ale także pop.

"Born To Die", pierwszy album wydany przez artystkę pod pseudonimem Lana Del Rey, okazał się wielkim sukcesem. Siedem milionów sprzedanych egzemplarzy przemawia do wyobraźni. Elizabeth Woolridge Grant, podobnie jak Lykke Li czy Adele, bez problemu zawładnęła sierotami, którym nie odpowiadały popisy Lady Gagi, Britney czy innych plastikowych gwiazdeczek. Slipknot operując popkulturowymi kliszami, pokazując Amerykę B czy nawet C poruszył tłumy. Del Rey podobnie, tylko swoją twórczość ulokowała w głównym nurcie. Słuchając jej przenosiliśmy się w lata, kiedy tworzyły się legendy Hollywood, Dean, Bond i banda Mansona w willi Polańskiego. Z "Born To Die" miałem jeden, podstawowy problem. Te numery były dla mnie za "łatwe". Ich chwytliwość była wadą, szybko osiadały w głowie, ale jeszcze szybciej się nudziły. Nie była to płyta do wielokrotnego odsłuchu.  

Na "Ultraviolence" ponownie zanurzamy się w klimaty retro. Biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy, to co znajdujemy na najnowszym wydawnictwie Lany Del Rey kwalifikuje się do miana antypopu. Oto artystka mainstreamowa nagrywa coś, co brzmi nieprzebojowo, archaicznie wręcz i pozbawione jest radiowej chwytliwości. Numery właściwie snują się, to chyba najlepsze słowo oddające charakter utworów na "Ultraviolence". Płyną niespiesznie, niczym słońce po kalifornijskim niebie. Nierzadko zanurzone w narkotycznej psychodelicznej chmurze, może nie takiej jaka spowijała w latach sześćdziesiątych kampus w Berkley ale jednak. Do tego dochodzi mroczna nuta, która odciska na całości swoje piętno. Jak gdyby na nowo pisano soundtrack do "Tajemnic Los Angeles".

Chwilami pobrzmiewają smyki niczym na "Felt Mountain" Goldfrapp, innym razem zabrzmi solo podbite głębokim basem przywodzące na myśl wczesne Portishead, innym razem pojawi się jakiś bluesowy temat, a wszystko to wkomponowane w dostojnie sunący pop. Próżno tu szukać jakichś hitów, otrzymujemy płytę do słuchania w całości, nie fragmentami, której ciepłe brzmienie osacza słuchacza, chwyta w swoje sidła i sprawia, że poddajemy się i zanurzamy w klimacie noir. A o ten charakterystyczny przestrzenny sound zadbał Dan Auerbach, lider The Black Keys. Dlatego też gitary grają niebagatelną, często pierwszoplanową rolę na "Ultraviolence". Surowe, naturalne brzmienie perkusji również robi swoje. Podobnie mellotron, klawisze, gitary akustyczne, fortepian, saksofon i orkiestracje. Każdy instrument ma swoje miejsce i czas wzbogacając warstwę brzmieniową. Wszystko składa się na wciągającą całość. Jak wspomniałem, nie słucha się pojedynczych utworów, już nie czeka się na refreny, zanurzamy się w klimacie kreowanym przez Del Rey, która jest autorką lub współautorką wszystkich kompozycji. Cofamy się w czasie i ruszamy w drogę przez Kalifornię przełomu lat 60. i 70. Lana Del Rey nie ma jakichś imponujących warunków wokalnych, ale jej barwa idealnie wpisuje się w tę muzykę.

Klimat to słowo klucz w przypadku "Ultraviolence". Jednych zawartość krążka może znudzić, zdaję sobie sprawę, że nie jest to granie, które z miejsca zawładnie słuchaczem. Wątpię, żeby album odniósł komercyjny sukces na miarę poprzednika. Po części ewentualny sukces może wynikać z powodzenia "Born To Die". Z drugiej strony może przyciągnąć bardziej wymagających słuchaczy, którzy mają ochotę na chwilę mniej zobowiązującego grania. W końcu cały czas mówimy o mainstreamowym wydawnictwie. "Ultraviolence" to popowa podróż do lat, których z oczywistych względów nie mogę pamiętać. Utrwalonych na filmie Super 8. Dlatego z chęcią wsiadam z Laną Del Rey do Chevroleta Bel Air i ruszam w drogę.

Sebastian Urbańczyk