Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / A Fire on the Sea

A Fire on the Sea - Unsilence

A Fire on the Sea

Wykonawca:

Unsilence

Gatunek:

Doom metal

4 /10

Oto klasyczny przykład recenzenckiej klątwy. Miałem nadzieję, że o Unsilence już więcej nie usłyszę. A jednak.

Nie można odmówić Brytyjczykom zaangażowania. Może niekoniecznie jeśli chodzi o wydawniczą częstotliwość, bowiem "A Fire on the Sea" to dopiero ich drugi w dorobku album (jest jednak na tym świecie jakaś sprawiedliwość…), ale po prostu dlatego, że chce im się ciągnąć swój doommetalowy wózek już nieco ponad dwie dekady. Pomimo tego więc, że - jak wiadomo - kółka w takim wózku nie kręcą się gładko i nieustannie grzęzną w błocie, Unsilence ponownie zebrali się w sobie i pięć lat po debiucie "Under a Torn Sky" powrócili z kolejnym krążkiem, tym razem pod szyldem nowej wytwórni - warszawskiej Nine Records. I tu zaczynają się schody.

"Under a Torn Sky" nie był dobrym albumem. To typowa, nikomu niepotrzebna płyta, wypełniona po brzegi przeciętnej jakości doom metalem, a dodatkowo całkowicie położona za sprawą fatalnego wokalisty. Nic dziwnego, że krążek ten od lat obrasta kurzem na mojej półce. Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że kiedykolwiek jeszcze będę miał okazję usłyszeć o Unsilence. A tu niespodzianka. Albo raczej klątwa recenzencka, której już kilka razy doświadczyłem, najwyraźniej w dalszym ciągu ciąży nade mną i co gorsza działa, a zespoły, o których chciałem zapomnieć, ponownie wciskają się do mojego świata - jak nie drzwiami, to oknem. A zatem stało się, Unsilence powrócił. Wciąż z Jamesem Kilmurrayem za mikrofonem. Za jakie grzechy...

"A Fire on the Sea" brzmi, jakby od debiutu nie upłynęło 6 lat, ale sześć dni. Zespół nawet symbolicznie nie rozwinął swych umiejętności i właściwie mógłbym cytować tu teraz całe frazy zawarte w recenzji pierwszego krążka. Wówczas mogłem pozwolić sobie na łagodniejszy osąd, teraz nie mam już jednak takiego zamiaru. Nie wiem, kto z własnej woli chciałby słuchać tak wtórnego, nudnego i przeciętnego doomu. Nie wyróżnia się tu żaden riff, ani jedna melodia nie pozostaje w pamięci dłużej niż przez 2 sekundy, a niektóre koślawe solówki (np. "A Thousand Seasons") są wręcz zawstydzająco słabe. To jednak tylko tło, bowiem nad wszystkim góruje wysunięty na pierwszy plan koszmarny (powtarzam: koszmarny!) wokal Kilmurray'a.

Kilmurray śpiewa tak samo tragicznie, jak na debiucie. Męczy identyczną, smętnie cierpiętniczą manierą i ledwo wyciąganymi, drżącymi górkami, w których tylko cudem broni się przed fałszami. W kolejnych kawałkach staje się to po prostu nie do zniesienia. Panu już podziękuję. Zawsze byłem (i wciąż jestem) zdania, że dobry instrumentalny podkład mogą stworzyć nawet przeciętni muzycy. Nie potrzeba wielkich umiejętności, by nagrać coś dobrego. Liczy się przede wszystkim zgranie, pomysł czy klimat kompozycji. Historia muzyki ma na to aż nadto przykładów. Ale wokalista, który nie potrafi śpiewać (krzyczeć, wrzeszczeć, skrzeczeć, growlować - niepotrzebne skreślić) i nie jest w stanie nadrobić tego braku charyzmą, osobowością czy czymkolwiek innym, ciągnie zespół na samo dno. Kilmurray jest w swoim fachu wręcz dramatycznie marny, a w głosie ma tyle pazura, co popołudniowa brytyjska herbata.

Cytując klasyka, zgłaszam wniosek przesunięcia kolegi śpiewaka do sekcji gimnastycznej. Po pierwsze: nie będzie samotny. Po drugie: nabierze więcej optymizmu życiowego. Po trzecie i najważniejsze - przestanie śpiewać. Czego sobie i wszystkim życzę. Amen.

Szymon Kubicki