Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Try Before Die

Try Before Die - Incarnated

Try Before Die

Wykonawca:

Incarnated

Gatunek:

Death metal

7 /10

Przyznam bez bicia, że oldschoolowy death metal to nie do końca moja bajka. Zresztą, odkąd pamiętam wolałem jego bardziej techniczną i progresywną odmianę, więc Incarnated niejako z góry są u mnie na niespecjalnie uprzywilejowanej pozycji.

"Try Before Die" to nowy opus białostockiej formacji, wydany po ośmiu latach milczenia. Rzecz, która w żadnym przypadku nie zwiastuje rewolucji w stylu grupy. Choć oczywiście, przez lata "niebytu" panowie nieco zrewidowali spojrzenie na śmierć metal i teraz, grają nieco skoczniej, acz wciąż piekielnie brutalnie. Dziewięć premierowych numerów to szybkie strzały między oczy, z rzadka zwalniające aby wciągnąć słuchacza w smolisty groove. Panowie równo dokładają do pieca, i mimo iż nie są to odkrywcze dźwięki, retro konwencja i dość surowa oprawa brzmieniowa mogą się podobać. Sądzę, że Incarnated zainteresują się przede wszystkim tylko najwytrwalsi fani krajowego undergroundu - którzy od dwudziestu lat są z zespołem na dobre i na złe. Co więcej, z racji na totalne fuck off w stosunku do wszelkich obecnych trendów, po części z radykalną promocją w mediach włącznie, Incarnated prezentują się dość dziwnie, ale całkiem przyzwoicie.

Krążek nie jest li tylko death metalowym wyziewem rodem z lat 90. Na całe szczęście panowie wiedzą, że samą śmiercią słuchacza nie oczarują, dlatego sprawnie żonglują tematami wziętymi to z grindu, to z death’n’rolla znanego z płyt Entombed, a potem okraszają to wszystko brzmieniem a’la Grave i wszystko staje się jasne. Każdy mocno zapatrzony w niemal punkową prostotę i retro estetykę szybko zakocha się w "Try Before Die". Pół godziny nowego materiału Incarnated ma w sobie coś, czego być może z powodu wieku, albo po prostu upodobań i ukierunkowania na młóckę ze Stanów, nie rozumiem. Niby wszystko tutaj "żre", brzmienie jak najbardziej pasuje do muzyki, w riffach jest piach (przez co niestety czasem zlewają się w papkę), a nawet jego tona z płockiej plaży; blastów zbytnio nie uświadczymy  - czyli jest to pierwotny death metal jak się patrzy. Czy ma to sens? Widocznie tak, skoro panowie wciąż wierzą w siłę takiego grania i po dwudziestu latach stażu nie mają zamiaru z tego zrezygnować. Dosłownie i w przenośni, miłość aż po grób.

Grzegorz "Chain" Pindor