Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Superunknown

Superunknown - Soundgarden

Superunknown

Wykonawca:

Soundgarden

Gatunek:

Rock

9 /10

Album "Superunknown" wpisuje się w schyłkową erę grunge. O ile w latach młodzieńczych bez mrugnięcia okiem wrzucałem do wora ‘grunge’ wszystkie kapele nazywane tak przez media, o tyle z wiekiem zaczęły piętrzyć się problemy.

Niech ktoś mi wytłumaczy, co wspólnego ma muzyka Soungarden z twórczością Alice In Chains, czy Nirvany? Nirvanie bliżej, zwłaszcza na pierwszej płycie, do Melvinsowego sludge, niż do soundu inspirowanego latami '70. Jeśli o sludge mowa, to i Soundgarden pokazali na przestrzeni lat, że wiedzą co to ciężar i tłusty wolny riff (vide końcówka słynnego "Rusty Cage"). Potraktujmy więc termin grunge w tym wypadku bardziej chronologicznie, niż stricte muzycznie. Wszak miesiąc po wydaniu "Superunknown" (7 marca 1994), Kurt Cobain - guru grunge'owej ‘ideologii’, popełnił samobójstwo (5 kwietnia) i nagle okazało się, że wszystkie bandy, które wyrosły dzięki muzycznej eksplozji w Seattle, grają po prostu… rocka.

"Superunknown" ukazał się w czasach, kiedy muzykę traktowało się inaczej, niż dzisiaj. Nie ściągało się pojedynczych utworów i na tym opierało swoje muzyczną wiedzą o danym zespole. Internetu w ogóle nie było i bogu dzięki. W tamtych latach wydawanie płyt trwających dłużej niż 40 minut miało sens. Dziś percepcja ludzka jest w tragicznej kondycji, przyswajamy sobie tylko skrawek tego, co nas spotyka. Przede wszystkim - nie słuchamy już płyt w całości, tłumacząc się brakiem czasu. Dlaczego? Lepiej nie mówić i nie wgłębiać się. Korci mnie strasznie, żeby przy okazji tej recenzji oddać się analizie różnic między ludźmi którzy dorastali w latach '90, a pokoleniom XXI wieku, ale to może innym razem.

Ponieważ w chwili premiery "Superunknown" fani inaczej podchodzili do płyt swoich ulubionych zespołów i muzyki w ogóle, fakt że czwarty album Amerykanów trwa 70 minut nikogo nie dziwił. Muzyki na nim pełno… Od ewidentnych, zajechanych już do granic możliwości przez stacje radiowe evergreenów "Black Hole Sun", czy "Spoonman", przez potencjalne hity w rodzaju otwierającego krążek "Let Me Drown", a skończywszy na beatlesowo-zeppelinowej końcówce albumu ("She Likes Surprises", "Like Suicide", "Half"). Bogactwo materiału jest ogromne, a po dwudziestu latach wywołuje u mnie przede wszystkim tęsknotę za zespołami, w których jest więcej kompozytorów niż jeden pan lider. W Soundgarden komponowali wszyscy i nie dość, że to słychać, to jeszcze słychać to bardzo dobrze. Raz jest psychodelicznie, raz riffowo, raz niemalże stonerowo, a nad tym wszystkim góruje przepotężny wokal Chrisa Cornella. W ten sposób owe 70 minut zlatuje słuchaczowi bardzo szybko.

Po dwudziestu latach od wydania albumu, zadbano o odpowiednią reedycję. Materiał podstawowy oddano do ponownego masteringu, a całość wzbogacono o dodatkowy krążek z wersjami demo, nagrywanymi podczas prób, czy utworami z b-stron singli. Dzięki temu otrzymujemy porcję niepublikowanego wcześniej materiału. Jakościowo, zwłaszcza utwory z prób, przypominają, iż chodzi raczej o uchwycenie procesu powstawania płyty, niż interesujące wrażenia muzyczne. Cornellowi zdarza się w takim "Head Down" fałszować, muzyka też płynie jakby z potknięciami. Warto zaznaczyć, że wszystkie trzy utwory ukazujące się tutaj w wersjach próbnych, zostały nagrane w czerwcu 1993 roku w sali prób należącej do zespołu Pearl Jam.

Otwierające drugi krążek "Let Me Drown" i "Black Hole Sun" to już demówki wysokiej klasy. Ten drugi nawet niezbyt różni się od wersji ostatecznej, perfekcyjny w każdej postaci. Później dostajemy jeszcze min. akustyczną wersję "Like Suicide", jeszcze bardziej zeppelinowską od płytowej, po której następuje już riffowe "Black Days". To ten sam utwór co w podstawowym zestawie ("Fell on Black Days"), z tym że potraktowany zupełnie inaczej. Najbardziej zaś ochoczo zaprezentowano "Spoonman", które występuje tutaj w wersji instrumentalnej, jak i w wersji zmiksowanej przez Steve’a Fiska. Bardzo solidne to wznowienie. Nie tylko fanatycy powinni być zadowoleni.

Piotr Rutkowski