Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Breeze - An Appreciation of JJ Cale

The Breeze - An Appreciation of JJ Cale - Eric Clapton & Friends

The Breeze - An Appreciation of JJ Cale

Wykonawca:

Eric Clapton & Friends

Gatunek:

Rock

7 /10

Eric Clapton ma wielkie zasługi w propagowaniu muzyki JJ Cale. To dzięki niemu świat usłyszał i pokochał najpierw "After Midnight" a potem "Cocaine". To dzięki niemu te utwory trafiły do kanonu (nieważne czy bluesa czy rocka).

Przez długie lata znajomości ich drogi wielokrotnie się krzyżowały. Obaj panowie wspierali się na swoich płytach (ostatnim akordem był udział JJ Cale na albumie Claptona "Old Sock"), koncertowali (choćby Crossroads Guitar Festival 2004), a ukoronowaniem i najbardziej spektakularnym przejawem ich współpracy była wspólna płyta "The Road To Escondido". Dokładnie rok po śmierci JJ Cale ukazuje się wydawnictwo, na którym Eric Clapton, z małą pomocą swoich przyjaciół, składa hołd Wielkiemu Muzykowi.

JJ Cale pozostawił po sobie wiele utworów i wybór tego, które z nich umieścić na płycie z pewnością nie był łatwy. Można dyskutować, dlaczego zabrakło tej czy innej kompozycji, bo każdy zaznajomiony z dorobkiem JJ Cale z pewnością ma swoje typy. Clapton pominął takie oczywistości jak "After Midnight" i "Cocaine". Pewnie z tego samego powodu zrezygnował z innej dobrze znanej kompozycji "Don’t Cry Sister". Wygląda na to, że jego ulubioną płytą z repertuaru JJ Cale jest "Okie", bo to z niej pochodzi aż sześć utworów.

Jak wspominał Clapton w jednym z wywiadów, głównym założeniem, jakie przyjął zabierając się za prace nad albumem było maksymalnie wierne oddanie ducha muzyki JJ Cale. Uprzedzając nieco fakty przyznam, że udało się to znakomicie. Aby uzyskać zamierzony efekt sięgnięto po wiele różnych środków. Przede wszystkim zaproszono muzyków o podobnej do JJ Cale wrażliwości, zwłaszcza wokalnej (Mark Knopfler, John Mayer, Willie Nelson, Tom Petty). Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że wszyscy oni przyznają się do fascynacji twórczością JJ Cale. Obok nich w studio pojawili się ci, którzy dobrze znali JJ Cale, a więc żona (również gitarzystka i wokalistka) Christine Lakeland oraz długoletni współpracownik Don White. Aranżacje utworów pozostawiono bez większych zmian, zastosowano realizatorskie pomysły znane z płyt JJ Cale, takie jak charakterystycznie ustawione linie wokalne, automatyczna perkusja i wyciszanie kompozycji (czasem bardzo bolesne, jak choćby w "Someday", gdzie ten przykry los spotkał solówkę Knopflera). W efekcie powstała płyta wiernie oddająca ducha muzyki JJ Cale. Można wręcz odnieść wrażenie, że przechadzał się on gdzieś po studio, skubał bródkę i czuwał nad całością prac.

Jak wspominałem, wiele wysiłku włożono w to, aby piosenki zabrzmiały jakby to sam JJ Cale zagrał je i zaśpiewał. Przez takie założenie wielcy mistrzowie gitary musieli mocno hamować swoje zapędy, aby pozostać w minimalistycznej manierze JJ Cale. Ma to też i swoje dobre strony, bo choćby Derek Trucks z takim "ograniczeniem" brzmi świetnie. Na liście muzyków biorących udział w nagraniu utworu "Someday" wymienionych jest aż pięcioro gitarzystów (wśród nich Christine Lakeland ), a wcale tego przepychu nie słychać. Gdyby nie opis we wkładce nie byłbym w stanie aż tylu instrumentalistów zidentyfikować. Domyślam się, że byli i tacy, którzy z chęcią przyjęli propozycję zagrania choćby kilku akordów aby w ten sposób oddać hołd JJ Cale’owi.

Jednym "problemem", przed jakim stanął Clapton, był wybór utworów a drugim, równie trudnym, komu zaproponować ich wykonanie. Pewnie mógł zaprosić każdego, bo kto odmówiłby Claptonowi? W przypadku kilku pozycji wybór był prosty i oczywisty jak choćby w countrowo zabarwionym "Songbird" Willie Nelson pasuje jak ulał. Obsada pozostałych utworów jest równie trafna i udana.

Szczerze mówiąc wolałbym aby na tego rodzaju wydawnictwie pojawiły się interpretacje różniące się od pierwowzoru. Lubię kiedy muzycy proponują swoją własną wizję utworów znanych z innego wykonania. Pewnie z tego powodu, może i trochę podświadomie, poszukiwałem tego wszystkiego, co różni się od oryginału, dlatego najbardziej spodobały mi się utwory, w których głównymi wokalistami byli John Mayer, Willie Nelson i Don White. Co prawda aranżacje są bardzo bliskie oryginałowi, ale przynajmniej tembr ich głosów i wokalna interpretacja odbiega od tego, co znane jest z wykonania JJ Cale. Wśród wyraźnie słyszalnych różnic warto wspomnieć "Don’t Wait" z przyjemnym i wyjątkowo zadziornym gitarowym wstępem czy "Sensitive Kind" z delikatnym Hammondem zamiast smyczków, jak w oryginale. Gdybym miał wskazać na jeden mój ulubiony utwór z "The Breeze - An Appreciation of JJ Cale", byłaby to melancholijna "Magnolia" pięknie zaśpiewana przez Johna Mayera.

Lista muzyków biorących udział w nagraniach jest doprawdy imponująca i to zarówno pod względem ilościowym jak i "jakościowym". Samych gitarzystów zaangażowanych w projekt mamy aż dwunastu! Wśród nich (obok rzecz jasna Claptona): Mark Knopfler, John Mayer, Albert Lee, Derek Trucks i Doyle Bramhal II. Do tego żeński chórek, harmonijka, pedal steel guitar, klawisze, bas, perkusja. Imponujący zestaw, a wszystko to podane delikatnie, subtelnie czasem ledwie słyszalne ale w budowaniu klimatu nieocenione.

Bez wątpienie jest to płyta z gatunku tych "nudziarskich" i dla wielu słuchaczy będzie z tego powodu nie do strawienia. Jak dla mnie jest to bardzo przyjemne "nudziarstwo", które pozwala na chwilę odpocząć od zgiełku jakiego wokoło pełno. Nie ukrywam, że kurczowe trzymanie się stylu JJ Cale nie bardzo mi odpowiada. Za mało to wszystko twórcze jak na klasę muzyków zaangażowanych w to przedsięwzięcie. Stąd taka a nie inna ocena punktowa. Na koniec moja mała osobista uwaga. To już kolejny album Claptona z "cudzym" repertuarem. Chyba najwyższy czas na premierowy materiał.

Robert Trusiak