Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / A Letter Home

A Letter Home - Neil Young

A Letter Home

Wykonawca:

Neil Young

Gatunek:

Folk

7 /10

Urodzony w 1945 roku muzyk pisze list do domu. Pojawiają się pytania rodzące problem. Czy list, który trafia w nasze ręce jest autentyczny, czy to tylko marna podróbka? Niesie osobistą treść, czy też zwykłe bazgroły znudzonego artysty?

"A Letter Home" z pewnością wzbudzi wątpliwości, co do słuszności nagrywania materiału, w taki sposób. Jestem przekonany, że podzieli słuchaczy. Jednych urzeknie, być może nawet zachwyci. Inni mogą poczuć się zniesmaczeni potraktowaniem szlachetnych utworów. W czym rzecz? Już wyjaśniam.

Pomysł na album był prosty, taką też muzykę zawiera to wydawnictwo. Jack White nabył voice-o-graph, pochodzącą z 1947 roku budkę, przypominającą telefoniczną, służącą do rejestracji dźwięku. Następnie zaprosił Younga do współpracy i właściwie oddał pole bardziej doświadczonemu muzykowi. Ten zarejestrował w owej budce dwanaście cudzych kompozycji. Najstarszy to pochodzący z 1956 roku "Since I Met You Baby" Ivory Joe Huntera, najświeższym natomiast jest nagrany w 1984 "My Hometown" Springsteena. Większość numerów wybranych na płytę została zarejestrowana w latach '60. Znajdziemy tu klasyki Nelsona, Dylana, Lightfoota. Między innymi.

Jak to brzmi? W "Winter's Bone" Debry Branik jest scena, kiedy jeden z bohaterów siada na ganku chaty, gdzieś między Appalachami a Rocky Mountains, i gra na mandolinie. I brzmi to lepiej niż wszystko, co słychać na płycie Younga. Dosłownie. "A Letter Home" ma klimat leśnej chaty, człowieka na ganku przygrywającego wieczorem dla własnej przyjemności, a wszystko rejestrowane na jakimś prymitywnym urządzeniu. Stąd szumy, trzaski i stłumiony dźwięk. Same oryginały brzmią lepiej. Jest to wszystko dobrze zagrane, gorzej zaśpiewane (taki urok Younga), ale powstaje pytanie o sens. Czy nie lepiej było te kawałki nagrać po swojemu na współczesnym sprzęcie?

Kaprys milionerów, czy autentyczna, szczera podróż do lat młodości doświadczonego muzyka, który nic już nie musi, wszystko może? Album rodzi dużo pytań. Ja się skłaniam ku drugiej, bardziej przychylnej muzykom wersji. Jest to pocztówka z lat czterdziestych, i choć trudno przesądzić o jej autentyczności, i tak budzi miłe uczucia. Dodatkowo niesie walor edukacyjny, być może ktoś zachęcony sięgnie po oryginały, a zniechęcony sprawdzi z ciekawości jak brzmiały naprawdę kawałki Ochsa, Janscha, Everly'ego i innych. Mi ten kameralny klimat, kreowany przez gitarę i wokal Younga, pasuje.

Sebastian Urbańczyk