Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Pale Communion

Pale Communion - Opeth

Pale Communion

Wykonawca:

Opeth

8 /10

Mikael Akerfeldt z figlarnym uśmiechem pokazuje środkowy palec wszystkim tym, którzy naiwnie wierzyli, że "Heritage" był tylko jednorazową fanaberią chwilowo znudzonego death metalem frontmana Opeth.

Nie do końca zresztą rozumiem lamenty i pomstowania fanów starszego oblicza zespołu. Po pierwsze, starsze oblicze wciąż można znaleźć na pierwszych płytach. Po drugie, nie oszukujmy się, kto pragnie prawdziwego death metalu, znajdzie dziesiątki innych zespołów, które grają go lepiej, niż Opeth robił to kiedykolwiek. Co więcej, zrzucając śmiertelne brzemię ze swych barków, Szwedzi zyskali wreszcie szansę na spójny przekaz, odpowiadający choćby osobistym zainteresowaniom Akerfeldta, który z metalem, wbrew deklaracjom i jeszcze niedawnej zabawie w Bloodbath, nie ma już wiele wspólnego. Wreszcie po trzecie, Opeth to przecież nie pierwszy i nie ostatni zespół, który w pewnym momencie radykalnie zrywa z dotychczasowym wizerunkiem.

W przeciwieństwie jednak do wielu innych nieszczęśników, Opeth w swej twórczości wciąż zawiera sporo charakterystycznych dla siebie pierwiastków, takich jak choćby firmowe i wciąż niezmienne gitarowe zagrywki. Pierwiastków, które bez większego problemu pozwalają ująć całą twórczość formacji w jedną klamrę. To naprawdę niemała sztuka, a co więcej, z tego punktu kariery powrót do korzeni jest możliwy w całkiem naturalny sposób. Ktoś jednak naprawdę jeszcze w to wierzy? Wydaje się, że "Pale Communion" powinien pozbawić nadziei nawet najbardziej naiwne sieroty po, dajmy na to, "Still - zanim Akerfeldt poznał Wilsona - Life".

Najistotniejsza pozostaje zatem całkiem inna kwestia. Ta sama, która była aktualna w odniesieniu do "Heritage". Jak sprawdziły się nowe, a czasem nowe-stare pomysły Pana Kierownika? O ile poprzednia płyta, pośród wielu słyszalnych na niej inspiracji, mogła delikatnie sygnalizować zwrot z kierunku bardziej klasycznego rocka, tak "Pale Communion" to raczej skok na główkę w mętne i niebezpieczne prog/art rockowe wody. Rainbow jest już passe, dziś Mikael zapałał uczuciem do Claudio Simonetti’ego. Zapraszając go na tegoroczną edycję Roadburn, Mikael Akerfeldt, pełniący rolę kuratora tego festiwalu, nie krył, że twórczość włoskiego klawiszowca działającego pod szyldem Goblin wywarła na niego ogromny wpływ. Nie trzeba więc chyba wyjaśniać całkowicie nieprzypadkowej zbieżności z tytułem jednego z utworów, zawartych na płycie.

Instrumentalny "Goblin" to jednak tylko krótki i odstający klimatem od reszty materiału, choć naprawdę fajny, przerywnik. Nie zmienia on w żaden sposób faktu, że "Pale Communion" wydaje się być nieco spójniejszy od swego poprzednika, utrzymany w podobnym, łagodnym tonie, zapewne też nieco bardziej przystępny. Nawet w najdłuższym i najbardziej poplątanym, z jednej strony bardzo opethowskim, z drugiej storm corrosion’owym, z trzeciej zaś sięgającym nawet do folkowych klimatów "Moon Above, Sun Below", udało się zgrabnie i bez zgrzytów pospinać różnorodne muzyczne wątki. Podobnie jednak, jak miało to miejsce w przypadku "Heritage", nie wszystko udało się tu jak należy. Szwedzi po raz kolejny nagrali płytę dobrą, ale tylko dobrą, a przecież Opeth ma wszelkie atuty, by za każdym razem rzucać słuchaczy na kolana w niemym zachwycie.

Nic z tego, "Pale Communion" jest tak gładki, wycackany i wypolerowany, tak perfekcyjnie doskonały pod względem produkcji i umiejętności muzyków, że aż chwilami nudnawy. Owszem, słucha się tego krążka bardzo dobrze, z pewnością lepiej niż "Heritage". Ładnie plumka sobie gdzieś w tle, co jakiś czas rozbudzając słuchacza, a to równie kosmiczną, co niespodziewaną shredderską solówką w "Cusp of Eternity", czy równie zaskakującym, jazzującym gitarowym dialogiem w piosenkowym przecież i pięknie kołyszącym "River", albo akustycznymi wstawkami flamenco w "Voice of Treason". Brzmi to wszystko trochę tak, jakby Szwedzi mówili do słuchacza 'patrz, potrafimy jeszcze tak, i tak, i tak, i co ty na to?!' Do tego dochodzą rzecz jasna klawisze Joakima Svalberga, który z łatwością wypełnił lukę po Perze Wibergu, oraz genialna praca perkusji Martina Axenrota, kolejny raz łamiącego wszelkie stereotypy na temat metalowych bębniarzy, którym w głowie tylko nawalanie, blasty i podwójna stopa.  

Generalnie mam jednak wrażenie, że kolejny raz Mikael tak bardzo skoncentrował się na dopieszczeniu materiału, że zapomniał o tym, by włożyć weń więcej prawdziwych emocji. W rezultacie, słuchacz odbija się od ściany perfekcjonizmu. Co gorsza, ów syndrom Akerfeldta zaczyna być widoczny nawet na koncertach, ale to już temat na inną opowieść. Do tego, "Elysian Woes" przynudza jak mało co i nie przynosi niczego ciekawego. Podobnie dzieje się we wzbogaconym smykami "Voice of Treason" i zamykającym album "Faith in Others", przy którym autentycznie trudno powstrzymać się od ziewania. Zresztą, końcówka płyty, a więc najbardziej miękkie dźwięki w historii Opeth, rozczarowuje najbardziej. Szczerze mówiąc mam nadzieję, że nie wytycza to przyszłego kierunku dalszego rozwoju zespołu. Chodzi mi choćby o smyki, które i tak już niepotrzebnie zaśmiecają co drugą rockową płytę "z ambicjami".  

Nie jest mi łatwo jednoznacznie ocenić "Pale Communion". Jak już wspomniałem, to z całą pewnością dobra płyta, na pewno lepsza od rozczarowującego krążka Storm Corrosion i być może nawet wygrywająca jakościowy pojedynek z "Heritage". Z jednej strony, co oczywiste, nie można nie docenić kompozycyjnej zdolności i staranności Akerfeldta oraz poziomu wykonawczego całego zespołu. Sporo tu naprawdę świetnych momentów (ach, to klasyczne kilka sekund zakończenia "Eternal Rains Will Come" żywcem podpieprzone z jednego ze starych winyli Akerfeldta z lat '70). Z drugiej razi ów irytująco bezpieczny, grzeczny i wymuskany charakter albumu. Niby kapela poszerza poletko własnego stylu, ale robi to jakoś bez energii, jakby bała się wychylić dalej, poza znany schemat. Z niekwestionowanym kompozycyjnym talentem lidera formacja może pociągnąć w ten sposób jeszcze długo, tylko co z tego, skoro stając przed półką z płytami Opeth i tak zawsze sięgam po coś starszego?

Szymon Kubicki