Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Lullaby and... The Ceaseless Roar

Lullaby and... The Ceaseless Roar - Robert Plant and the Sensational Space Shifters

Lullaby and... The Ceaseless Roar

Wykonawca:

Robert Plant and the Sensational Space Shifters

Gatunek:

Folk

8 /10

Jak wielu wielkich przed nim, tak i Robert Plant po rozpadzie swej macierzystej formacji postanowił powojować na scenach świata jako solista. Tyle, że o ile niewielu wielkich przed nim rzeczywiście udźwignęło bagaż własnej legendy, tak Robertowi Plantowi się o dziwo udało...

I to nawet nie jest tak, że Plant chce coś udowadniać, może zresztą w tym sęk, że nie chce, że nie stara się gonić niedoścignionego, że nie próbuje przeskakiwać zbyt wysoko zawieszonej poprzeczki, ale ze sprytem starego, cwanego lisa po prostu przeszkodę omija. Bezpretensjonalnie, nie oglądając się na to co ludzie powiedzą, bo licho go to zresztą obchodzi, że coś powiedzą. Nas, zwykłych szarych słuchaczy też powinno to niewiele ruszać, póki Plant serwuje rzeczy jakie serwuje, bo nawet jeśli ex-wokalista Led Zeppelin zapędza się w muzyczne rejony, z którymi raczej nikt by go nie skojarzył, to udowadnia, że ma wyśmienity muzyczny smak.

Kilka ostatnich lat to zresztą wielkie sukcesy Planta, pomińmy już nawet arcyważny powrót Led Zeppelin. Bo solowo artysta robi rzeczy wspaniałe, żeby wymienić chociażby fantastyczny krążek "Dreamland" (2002), genialny duet z Alison Krauss ("Raising Sand", 2007) czy absolutnie fantastyczny album "Mighty ReArranger" (2005). Jedyną wpadką na przestrzeni tych lat jest chyba tylko "Band of Joy" (2010), ale i to wpadką czysto umowną. Nowy Plant jest trochę inny niż Planty wcześniejsze, ale nie na tyle inny, by nie móc rozpoznać charakterystycznej przecież stylistyki solowego zeppelina. Tu wymieńmy wszędobylskie odniesienia do muzyki orientalnej, ale również folkowej, które Plant wielokrotnie już eksplorował, nawet na płytach Led Zeppelin, w tej kwestii nic się nie zmieniło. Muzyk jednak się nieco uspokoił, brak na "Lullaby and... The Ceaseless Roar" mocniejszych momentów jak to miało miejsce choćby na nieco podobnym stylistycznie "Mighty ReArranger". Plant po prostu do minimum ograniczył rock'n'rollowe naleciałości, postawił na... elektronikę. Może nawet trip-hop czy downtempo, ale zbyt dojrzałym artystą jest wokalista Led Zeppelin, by adaptować się do gatunku, bowiem to on wyciąga z gatunku wszystko, co mu odpowiada i przerabia pod siebie.

"Lullaby and... The Ceaseless Roar" bardzo wiele wspólnego ma z "Mighty ReArrange", jest jakby przedłużeniem pewnych wątków z tamtego albumu. Kontynuuje więc koncepty z takich utworów jak "Tin Pan Valley", "Somebody Knocking" czy "Brother Ray". Prosty rytm, momentami nawet jakby trip-hopowy, wymieszany z folkowymi instrumentami i to wszystko wzbogacone spokojnym wokalem Planta (lirycznym nawet). Najlepsze są właśnie te momenty, gdy artysta nieomal plemienne fragmenty miesza z elektroniką - jak się bowiem okazuje pomysł jest to genialny, co od wielu lat udowadnia przecież Peter Gabriel. Oczywiście są też gitary, i to całkiem sporo, bluesowe frazy, rock'n'rollowe riffy - jakżeby u Planta mogło ich zabraknąć?! Ale album jako całość ma zupełnie innych charakter, nie pamięta się bowiem folkowego "Poor Howard", rockowego "Somebody There", subtelnej balladki na fortepian "A Stolen Kiss", ani nawet dość zeppelinowego "Up on the Hollow Hill", tylko tę elektronikę, ten spokój, te klawiszowe plamy i fantastyczne wokale, tę eteryczność każdego dźwięku. Pamięta się, że to taka stonowana nowoczesność, i że ten kto ją zrobił obdarzony jest pierwszorzędnym gustem i smakiem. Nikt nie powinien się zresztą za tę nowoczesność na Planta obrazić, bo operuje nią muzyk z wyczuciem prawdziwie klasowego artysty i przede wszystkim ta muzyka w swej istocie jest wyrafinowana, głęboka i mimo swego spokoju, piorunująca... a Plant wcale nie musi krzyczeć, by wywoływać ciary, równie dobrze może szeptać.

Aż trudno słuchając "Lullaby and... The Ceaseless Roar" uwierzyć, że Robert Plant nic przecież nie musi udowadniać, nikomu nie musi starać się przypodobać - zresztą nawet tego nie robi. On wciąż jest w swoim świecie, w swojej stylistyce i brzmieniu, ale i nieustannie do tego świata adoptuje kolejne elementy, które tylko wzbogacają jego dotychczasowe dokonania. "Lullaby and... The Ceaseless Roar" to kolejny dowód wielkości solowej twórczości Planta, wyrafinowanego smaku muzycznego i po prostu artystycznej wrażliwości. Wspaniała płyta!

Grzegorz Bryk