Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Adrenaline Rush

Adrenaline Rush - Adrenaline Rush

Adrenaline Rush

Wykonawca:

Adrenaline Rush

Gatunek:

Rock

6 /10

Zdarzało się wielokrotnie, że kobiety odnosiły duże sukcesy w muzyce rockowej. Pod tym względem świeżym przykładem jest Taylor Momsen z The Pretty Reckless. Za to szybki sukces na razie nie grozi Tave Wanning.

Seksowna blondwłosa wokalistka śpiewa w szwedzkim zespole o nazwie Adrenaline Rush, który w tym roku zaliczył duży debiut studyjny. Na premierowym materiale kapeli znalazło się jedenaście numerów utrzymanych w klimacie melodyjnego rocka i muszę przyznać, że największym atutem tego krążka jest zdecydowanie Tave Wanning, która nie tylko dobrze wygląda, ale też nieźle śpiewa. Jej partie wokalne to coś w rodzaju połączenia wyemancypowanej dziewczęcości a la Cyndi Lauper oraz seksownej drapieżności prezentowanej przez wcześniej wspominaną Taylor Momsen. Zresztą odniosłem wrażenie, że Wanning w sensie wizerunkowym inspiruje się o wiele bardziej znaną koleżanką. Tyle że o ile wokalistka The Pretty Reckless wydziera się w niezłych kompozycjach, o tyle umiejętności instrumentalistów i kompozytorów Adrenaline Rush pozostawiają wiele do życzenia.

Podstawowy problem debiutanckiego materiału Szwedów polega na wtórności. Chwytliwe i energetyczne otwarcie krążka pod postacią "Black N’ Blue", następnie rozwinięte w kawałkach "Change" i "Generation Left Behind", sprawia korzystne wrażenie. Jednak im dłużej ten materiał gości w odtwarzaczu, tym coraz bardziej zanudza. Najwyraźniej Szwedom wystarczyło pomysłów na kilka niezłych utworów, które uzupełnili pozbawionymi mocy i energii "zapychaczami". Pomimo, że Tave Wanning na wszystkie sposoby próbuje zwrócić na siebie uwagę - wokalizuje, prowokuje, wrzeszczy - to instrumentaliści zespołu po kilkunastu minutach jakby uwięzili się w jednostajnym klimacie. Pewnymi odstępstwami w tej materii są utwory "Oh Yeah" o ciekawie złamanej strukturze, a także "Playin’ To Win" o charakterystycznym marszowym klimacie, ale to tyle jeśli chodzi o kreatywność zespołu w warstwie instrumentalnej.

Fani melodyjnego rocka pewnie nie uznają tego za zarzut, a entuzjaści klimatów hard n’ heavy definitywnie odpuszczą sobie debiut Adrenaline Rush, ponieważ nieustającą cechą albumu jest jego cukierkowatość. Pomimo, że Tave Wanning często próbuje stroszyć pazury to instrumentaliści stawiają raczej na słodkie melodyjki, aniżeli ostrzejsze rockowe zagrywki. Zupełnie tak jakby nie wierzyli w wartość swojej wokalistki. Podczas słuchania większych części krążka nie opuszczało mnie wrażenie jakbym mierzył się z Vondą Shepard śpiewającą do popularnego przed laty serialu "Ally McBeal". Jasne, muzycy Adrenaline Rush dorzucili kilka dobrych riffów, ale nie ma w tym niczego porywającego i odkrywczego. Zresztą płaskie solówki gitarowe niwelują wszelkie próby hardrockowej reanimacji materiału. Muszę też wspomnieć o bezjajecznych partiach wokali wspierających Tave Wanning, których autorstwo należy przypisać pozostałym członkom zespołu. W ten sposób okazuje się, że tylko blondwłosa wokalistka potrafi dołożyć w dobrym rockowym stylu.

Wydaje mi się, że korzystnym rozwiązaniem dla Tave Wanning byłaby zmiana klimatu na nieco ostrzejszy, ponieważ ta wokalistka na debiucie Adrenaline Rush zaprezentowała się z naprawdę niezłej strony. Zasługuje więc na zdecydowanie lepszą oprawę instrumentalną. Chyba, że celem jej kariery będzie celowanie w publiczność zlokalizowaną w barach funkcjonujących i dla śpiewu, i dla szklanki...  

Konrad Sebastian Morawski