Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Different Shades of Blue

Different Shades of Blue - Joe Bonamassa

Different Shades of Blue

Wykonawca:

Joe Bonamassa

Gatunek:

Blues rock

9 /10

Aktywność wydawnicza Joe Bonamassy jest doprawdy imponująca. W wieku 37 lat ma na swoim koncie jedenaście studyjnych płyt solowych, nie licząc koncertówek i DVD.

Do tego dochodzą albumy wydane z Bloodline, Beth Hart, Black Country Communion, Rock Candy Funk Party i cała masa "featuringów", w tym tak spektakularne jak "Step Back" Johnny Wintera czy "Concerto For Group And Orchestra" Jona Lorda.

Joe ma całe rzesze wiernych fanów, ale i całkiem pokaźną grupę krytyków. Nie przypominam sobie innego muzyka z kręgów blues-rocka, którego twórczość byłaby poddana w równym stopniu krytycznej (wręcz krytykanckiej) ocenie. Zarzuca mu się różne, nieraz absurdalne rzeczy. A to, że lepiej wygląda niż gra na gitarze, że jest zbyt pewny siebie, za bardzo egocentryczny, za dużo w nim pychy, że wszędzie go pełno, że zbyt często wydaje płyty a ilość nie zawsze idzie w parze z jakością. Mam wrażenie, że Joe Bonamassa niespecjalnie się tym wszystkim przejmuje, po prostu robi swoje. Robi to co kocha i poświęca się temu bez reszty, nawet kosztem swojego życia osobistego. Bonamassa jest piekielnie zdolnym muzykiem, a przy tym jest uparty, konsekwentny, ambitny i pracowity. Wszystko co osiągnął zawdzięcza wyłącznie sobie.

W zapowiedziach poprzedzających wydanie "Different Shades Of Blue" często pojawiała się informacja o tym, że ma to być pierwszy album wypełniony wyłącznie autorskim materiałem Bonamassy. A tu niespodzianka, bo na otwarcie rozbrzmiewa króciutki, instrumentalny "Hey Baby (New Rising Sun)" Jimiego Hendrixa. I co, kolejny argument dla przeciwników talentu Joe, tym razem, że jest niesłowny? W wywiadzie dla "Magazynu Gitarzysta" Bonamassa skomentował to następująco: "... miałem też zabawę z tymi wszystkimi krytykami, ponieważ co można zrobić w tym momencie? Nie możesz tego brać osobiście, ciągle powtarza się, że ‘on gra tylko covery i bla, bla, bla’, więc pomyślałem, że może zamiast przekrzykiwania się z nimi dam na początek w pełni autorskiego albumu krótką, trwającą minutę i 25 sekund wersję ‘Hey Baby’."

Nie będzie to zbyt oryginalne stwierdzenie, ale chyba każdy, kto zna twórczość Bonamassy i posłucha płyty, do tytułowego słowa "blue" podświadomie dołoży literę "s" i wszystko będzie się zgadzało. Album wypełniony jest bowiem utworami, które pokazują różne odcienie bluesa ale nie tylko. W żadnym razie nie jest to krążek zdominowany tą stylistyką. Jak to zwykle bywa na jego solowych płytach, dostajemy firmową mieszankę bluesa i rocka. Słuchacz przekonuje się o tym już przy drugim utworze. "Oh Beautiful!" zaczyna się lekko zawodzącym, na modłę starych mistrzów bluesa, śpiewem Bonamassy i to a capella, by po chwili wybuchnąć mocnymi, soczystymi, natychmiast kojarzącymi się z Led Zeppelin riffami. Jedyna w swoim rodzaju gitara Bonamassy, dyskretny Hammond w tle (Reese Wynans), instrumenty perkusyjne (Lenny Castro), piękna produkcja (Kevin Shirley) dają w konsekwencji kawał mięsistego rockowego dzieła przyjemnie smakującego klasyką gatunku.

W kolejnym, czyli "Love Ain’t A Love Song", do głosu dochodzi sekcja dęta. Nie jest to coś wyjątkowego, bo dęciaki pojawiają się na płytach Bonamassy, ale tym razem jest tych partii całkiem sporo. A sam utwór to bardzo przyjemny, funkujący kawałek z chórkiem wspierającym Joe w zaraźliwym refrenie. Sekcja dęta rozbrzmiewa również w dwóch kolejno po sobie następujących utworach - shuffle "Living On The Moon" i bluesującym "Heartache Follows Wherever I Go".

Ballady to od zawsze mocna strona Bonamassy i na płycie mamy na to kilka spektakularnych dowodów. Najpierw "Never Give All You Heart", pięknie ozdobiony fortepianowymi akordami na początku i na końcu. Jeszcze lepiej wypada ballada tytułowa. Zaczyna się partią dwunastostrunowej gitary akustycznej wprowadzającej klimat przypominający "Hotel California" The Eagles. Piękna kompozycja, żadna tam ckliwa pościelówa, tylko pełen emocji utwór świetnie zaśpiewany przez Joe. A propos wokalnej strony płyty. Joe Bonamassa nie jest wybitnym wokalistą i sam doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Dużo czasu i wysiłku poświęcił na poprawę tego elementu swojego muzycznego rzemiosła i na "Different Shades Of Blue" słychać, że jego praca nie poszła na marne. Śpiewa swobodnie, w sposób bardzo naturalny, bez niepotrzebnego siłowego "podbarwiania" głosu.

"I Gave Up Everything For You, ‘Cept The Blues" to kolejne shuffle, ale tym razem bardzo klasyczne, wyraźnie chicagowskie w charakterze. Rewelacyjnie został tu wmontowany fortepian, a chórek nucący taki staromodny zaśpiew "uułap, uułap" brzmi po prostu rozbrajająco. To zdecydowanie najbardziej tradycyjny bluesowy utwór na krążku. "Get Back My Tomorrow" jest kompozycją z gatunku lżejszych, przystępniejszych, nadających się nawet do komercyjnego radia, ponieważ jest tam i świetny gitarowy motyw i bardzo przyjemna melodia. Spośród jedenastu utworów wypełniających najnowszą płytę Bonamassy, "Trouble Town" najbardziej odstaje od pozostałych. Dzieje się tak za sprawą "dziwnego", mocno pokręconego rytmu. Płytę zamyka "So, What Would I Do". Kolejna ballada, ale tym razem soulowa, z elementami gospel, utrzymana w stylu Raya Charlesa. Sekcja instrumentów smyczkowych dodaje całości sporą dawkę słodyczy i liryzmu.

To już siódma solowa płyta Bonamassy wyprodukowana przez Kevina Shirleya. Wydaje mi się, że obaj panowie doskonale się rozumieją i uzupełniają. Z wywiadów, jakie przeczytałem wynika, że Shirley ma wielki wpływ na poczynania Bonamassy i to nie tylko w studio. W wielu miejscach znajduję sformułowania w rodzaju "Kevin to, Kevin tamto", z których wynika, że Joe bardzo liczy się ze zdaniem starszego kolegi. Joe Bonamassa od dłuższego już czasu kojarzony jest z gitarami Gibson Les Paul i to nie tylko dlatego, że wypuszczono limitowaną serię instrumentów sygnowanych jego nazwiskiem. Na "Different Shades Of Blue" Joe przeprosił się z Fenderami Stratocasterami i Telecasterami. Zresztą, cały arsenał jaki został wykorzystany w studio został skrupulatnie opisany we wkładce do płyty (19 gitar w tym pięć Fenderów).

W studio u boku Bonamassy pojawiło się całkiem spore grono zdolnych muzyków, ale to on i jego gitary rządzą na płycie niepodzielnie. Zachwycająca techniką, szeroka paleta brzmień (w zasadzie każda solówka jest inna). Dokładnie słychać, że cały arsenał instrumentów i wzmacniaczy przytaszczony do studio został dobrze wykorzystany. "Different Shades Of Blue" jest płytą niezwykle barwną z całą masą interesujących pomysłów, czasem ledwie słyszalnych drobiazgów dających w sumie wielką przyjemność słuchania.

W moje ręce trafiło wydanie limited edition deluxe version w formie pokaźnego digi booka. Do poczytania dostajemy wstępniak samego Joe Bonamassy (w którym m.in. "przeprasza", że na nową płytę kazał czekać "aż" dwa lata), teksty piosenek, "You & Me" czyli opis współpracy Joe i Kevina, making of, track by track autorstwa Shirleya i sporo zdjęć z tras koncertowych (niestety zabrakło Polski).

Bonamassa w wywiadach często wspomina swoich mistrzów, którzy stanowili dla niego wzór, źródło inspiracji i natchnienia. Z wielką atencją wymienia BB Kinga, Roberta Johnsona, Rory Gallaghera, Jeffa Becka, Erica Claptona, Paula Kossoffa i wielu, wielu innych. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że w tej chwili, dla wielu ludzi to Bonamassa stał się takim właśnie mistrzem i niedościgłym wzorem. Myślę, że wielu zainteresowało się grą na gitarze po zobaczeniu koncertu lub wysłuchaniu płyty Joe.

Poprzednia płyta Bonamassy "Driving Towards The Daylight" była najczęściej słuchanym przeze mnie krążkiem w roku 2012. Wiele wskazuje na to, że w roku 2014 będzie tak samo z "Different Shades Of Blue".

Robert Trusiak