Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Metal Veins - Alive in Rock in Rio

Metal Veins - Alive in Rock in Rio - Sepultura

Metal Veins - Alive in Rock in Rio

Wykonawca:

Sepultura

8 /10

Uczestnictwo we współczesnych koncertach Sepultury to jak wchodzenie do paszczy lwa. To zabójcza, dzika rozrywka, której ducha odzwierciedla najnowsze wydawnictwo zespołu "Metal Veins - Alive in Rock in Rio".

Legendarna kapela zagrała prawie u siebie, czyli w osławionym tysiącem znakomitych metalowych koncertów Rio de Janeiro. Co prawda stosunki pomiędzy mieszkańcami poszczególnych stanów Brazylii nie należą do pokojowych, ale wywodząca się z Belo Horizonte Sepultura, ze względu na zajmowaną pozycję w światowym metalu, spotkała się z żywiołowym przyjęciem mieszkańców byłej stolicy tego katolickiego kraju. Publiczność podkręcała atmosferę podczas występu Sepultury tym bardziej, że był to koncert festiwalowy zagrany w ramach spektakularnego Rock in Rio w 2013 roku.

U boku brazylijskiej legendy metalu wystąpili francuscy wizjonerzy industrialnego rocka, zaklinacze bębnów i instrumentów bębnopodobnych (np. zużytych beczek po benzynie), a więc zespół Les Tambours du Bronx. Współpraca pomiędzy tymi dwoma kapelami - wydawać by się mogło, tak nieprawdopodobna - rozkręciła się na początku drugiej dekady XXI stulecia. Teraz zarówno Sepultura, jak i Les Tambours du Bronx zbierają jej żniwa. Koncert zarejestrowany w Rio stanowi najlepszy dowód sprawnego uzupełniania się obu tych zespołów na płaszczyźnie metalowej. Pozostaje więc oczekiwać, kiedy Francuzi odważniej wejdą do studyjnego repertuaru Sepultury.

Jakość tej współpracy można dobrze ocenić w poziomie repertuaru koncertu. Set rozpisany na godzinę jest przemyślany. Sepultura śmiało sięga po największe przeboje z dawnych lat ("Refuse/Resist", "Territory" i "Roots Bloody Roots"), a także nowe i jeszcze nieograne kompozycje ("Spectrum" i "Structure Violence"). Kapela konsekwentnie dąży też szlakiem wyznaczonym, gdy dołączył do niej Derrick Green. Co mam na myśli? Groove metal! Poza dwoma wspominanymi kawałkami w tym klimacie utrzymane są hymnowy "Sepulnaton", a także brutalny "We’ve Lost You!". W secie dają się też wyraźnie odczuć akcenty twórcze Les Tambours du Bronx, weźmy przede wszystkim pod uwagę "Requiem" i "Big Hands", w mniejszym zakresie zbyt przewidywalny "Fever". W tych kawałkach zagranych na żywo metal spotyka się z industrialem. Wrażenia są wyborne i są klarowną ilustracją wielkich możliwości, jakie leżą w obu zespołach. Potężny atut tego wydawnictwa polega również na odświeżeniu wszystkich numerów Sepultury o owe industrialne patenty.

Po stronie minusów materiału należy wymienić jakość soundu, która mogłaby być nieco bardziej dopracowana, nawet jeśli chodzi o standardy koncertowe. Mając w pamięci choćby słynne "Rock In Rio" Iron Maiden jestem przekonany, że autorzy "Metal Veins - Alive in Rock in Rio" mogli postarać się o większą dokładność opracowania materiału. Co innego, że tego wieczoru - właściwie późnego popołudnia - Sepultura nie była headlinerem, a więc i techniczne wsparcie występu nie było związane z pełnym zaangażowaniem ze strony organizatora. W sumie trochę też żal, że set zagrany w Rio nie zawiera żadnych kompozycji z ostatniego LP Sepultury z 2013 roku "The Mediator Between Head and Hands Must Be the Heart". Co prawda koncert został zagrany we wrześniu, a ów krążek miał premierę w październiku tego samego roku, ale muzycy Sepultury na pewno mieli dopracowaną koncertową wersję któregoś z nowych numerów.

Wiadoma sprawa, że przy okazji "Metal Veins - Alive in Rock in Rio" nie da się uniknąć opinii malkontentów uwikłanych w odwieczną smutę po braciach Cavalera, nie da się też nie zauważyć ortodoksyjnych fanów death n’thrashu, którzy nie akceptują urozmaiceń w gatunku. Wystarczy jednak spędzić kwadrans na scenie z Derrickiem Greenem, aby ten tytan wokalu, pół człowiek pół lew, pożarł wszelkie wątpliwości. Dzieła zniszczenia dopełniają pozostali muzycy Sepultury i Les Tambours du Bronx. To naprawdę ciekawa współpraca w świetnie zagranym koncercie. Gorąco polecam.

Konrad Sebastian Morawski