Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / .5: The Gray Chapter

.5: The Gray Chapter - Slipknot

.5: The Gray Chapter

Wykonawca:

Slipknot

8 /10

Ulubieńcy Ameryki wracają z piątym krążkiem w karierze. Zespół, który jedni kochają, inni nienawidzą. Niewielu jest takich, którzy w ogóle nie kojarzą tej nazwy. Masakra piłą mechaniczną, nie teksańską, a z Iowa. Choć równie dobrze mogłyby być Nebraska, Wisconsin czy Oklahoma.

Od początku konsekwentnie budowali klimat wokół zespołu. American horror, nie dream. Nawet jeśli to, co stało się z zespołem od jego powstania, jest urzeczywistnieniem snu każdego muzyka. Reprezentanci Ameryki B. Tej, której nie zobaczymy na pocztówkach. Głos sfrustrowanych, zapomnianych, niezrozumianych. Oczekiwania fanów wobec nowego krążka były niewątpliwie duże, ale jeszcze więcej było pytań. Ważniejszych i mniej istotnych. Kto przejął pałeczki po Jordisonie? Kto objął posadę basisty po zmarłym Grayu? Jaki wpływ te wydarzenia będą miały na kierunek muzyczny oraz na jakość nowego albumu? Komu powierzą produkcję materiału?

Mam świeżo w pamięci "All Hope Is Gone", od którego wydania upłynęło już sześć lat. Szmat czasu. ".5: The Gray Chapter" to niejako nowe rozdanie. Zespół o takim statusie, po takiej przerwie mógł nagrać właściwie wszystko. Niczego nie musieli, wszystko mogli. Pełna swoboda twórcza. Jednak "The Negative One" oraz "The Devil In I", które promowały płytę uświadomiły słuchaczom, że rewolucji nie będzie. Tak na dobrą sprawę ".5: The Gray Chapter" mógł równie dobrze ukazać się rok czy dwa po "All Hope Is Gone". To kontynuacja stylu, który można było usłyszeć na ostatniej płycie. Być może właśnie takie były plany, które pokrzyżowała śmierć Paula Graya.

Wielu domagało się powrotu do klimatu debiutu czy "Iowa", ale nikt o zdrowych zmysłach na pewno na to nie liczył. "Vol. 3" jest pomostem między 'starym' Slipknotem a "nowym", który swoją odsłonę miał na "All Hope Is Gone". Wydaje się, że wtedy Corey Taylor przemycił możliwie dużo Stone Sour do Slipknota, całkiem udanie zresztą. Można kręcić nosem, że to już nie jest to samo co "Iowa", ale umówmy się, nikt nie oczekuje, że np. Akerfeldt jeszcze nagra "Still Life Vol. 2". Niespecjalnie mnie dziwi, że muzycy z czasem łagodzą brzmienie, tak samo nie dziwi mnie, że niektórzy wolą trzymać się tego, w czym czują się najlepiej. Przykładów na oba podejścia do tworzenia można podać bez liku. Kwestia wyboru. Slipknot wybrali ruch, nie chcą stać w miejscu, stąd dokładają nowe elementy do swojej muzycznej układanki. Co więcej, na "All Hope Is Gone" najbardziej zwracały uwagę właśnie numery lżejsze brzmieniowo, by wymienić "Dead Memories", "Gehenna" czy "Snuff". Ten ostatni musiał być ciosem dla fanów wczesnej twórczości Amerykanów. Wydaje mi się jednak, że lepszy "Snuff" niż kompletnie nijaki, ale agresywny "Psychosocial", który nic nie wnosi do dyskografii Slipknot.

".5: The Gray Chapter" wyprodukowany przez Grega Fidelmana (np. "World Painted Blood" Slayera) otwiera "XIX". Wprowadza ostrożnie w klimat dzięki organom, rytualnemu bębnieniu i głosowi wypowiadającemu słowa "This song is not for the living. This song is for the dead". Tak płynnie przechodzimy do "Sarcastrophe", który rozwiewa wątpliwości czy Slipknot stracił pazur. Owszem, to nie jest ciężar, ani chaos i furia "Slipknot" czy "Iowa", ale energia płynąca z głośników wciąż jest na odpowiednim poziomie. Można rozbierać płytę na czynniki pierwsze, ale nie ma to najmniejszego sensu. Warto jednak zaznaczyć, że piątka jest bardziej dojrzałym dziełem niż "All Hope Is Gone". Zwykle takie określenie stosuje się, kiedy materiał jest zwyczajnie czerstwy, ale nie w tym przypadku. Wydaje się, że muzycy dobrze wszystko przemyśleli, jednocześnie nie tracąc świeżości.

Na ".5: The Gray Chapter" nie ma słabych numerów, ale też brak jest hitów w stylu "Dead Memories". Materiał jest bardziej zrównoważony. Slipknot bawi się dynamiką w obrębie poszczególnych utworów, jak w "AOV", który chwilami brzmi niczym nowy At The Gates, by płynnie przejść do partii z czystymi wokalami, aż do nastrojowego zakończenia. Amerykanie nie stronią ani od melodii, ani od blastów. Nie zapominają o dobrych metalowych riffach i charakterystycznym groove. Nowy bębniarz może nie gra tak gęsto jak Jordison, ale przecież ten ostatni już na "All Hope Is Gone" pozwolił sobie na więcej luzu. ".5: The Gray Chapter" zbudowany jest na kontrastach. Specyficzną motorykę i wspomniany groove, uzupełnia żal i smutek po stracie kolegi, który muzycznie zatopiony jest w ciszy i bardziej nastrojowych partiach. Są jednak wyjątki od dominującego tematu, jak poruszający się w klimatach damsko-męskich "Killpop", bez wątpienia jeden z bardziej chwytliwych kawałków na "5".

Z pewnością w przypadku ".5: The Gray Chapter" pojawi się zarzut, że mało jest tu typowych hitów. Mogę jedynie odpowiedzieć, że więcej za to jest muzyki do słuchania. Chwytliwych partii jest dość (właściwie w każdym numerze jest się o co zaczepić), dobrze też zachowano balans między chorym klimatem (choćby w znakomitym, wieńczącym krążek hipnotycznym, wolno sunącym "If Rain Is What You Want") a czystą agresją. Elektronika i sample zgrabnie budują ten pierwszy i tym razem są subtelnie wplecione w poszczególne fragmenty, a rzadziej niż to wcześniej bywało wysunięte na pierwszy plan. Jeśli dodać do tego tnące thrashujące riffy, otrzymujemy zwyczajnie bardzo dobry album, będący godnym hołdem złożonym zmarłemu koledze. Slipknot muzycznie miesza co się da, w efekcie słuchacz otrzymuje bardzo pożywny wywar.

Sebastian Urbańczyk