Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Second Nature

Second Nature - Flying Colors

Second Nature

Wykonawca:

Flying Colors

Gatunek:

Rock

9 /10

Kto wie, czy Flying Colors nie urasta do miana najlepszej spośród wszystkich pozadreamtheaterowych supergrup w szerokim przecież wachlarzu takowych w dyskografii Mike'a Portnoya.

Perkusista zresztą po rozstaniu ze świtą Johna Petrucciego rzucił się w wir pracy, a właściwie wszystkie spośród kooperacji Portnoya przynajmniej o klasę biją ostatnie studyjne dokonania Dream Theater. The Winery Dogs urzeka rock'n'rollowym feelingiem, Transatlantic już stał się wielką gwiazdą na neoprogresywnym poletku - całkiem zresztą słusznie, a teraz dochodzi jeszcze projekt pod nazwą Flying Colors. Świta jest to zresztą pierwszorzędna, bo prócz partnerujących sobie w Transatlantic Portnoya i Morse'a do paczki przyłączył się gitarzysta Steve Morse (obecnie Deep Purple), basista Dave LaRue (przeplatający się tu i ówdzie obok nazwisk trzonu Flying Colors) oraz u nas najmniej znany Casey McPherson (z alternatywnego Alpha Rev).

Już debiut supergrupy ("Flying Colors", 2012) zapowiadał nielichą muzykę, apetyt podsycił koncertowy "Live in Europe" (2013), ale dopiero "Second Nature" udowadnia jak wiele do zaoferowania ma ta kooperacja. W pewnym sensie jest to kontynuowanie wątku Transatlantic, ale w wersji dużo bardziej przebojowej, mocniej melodyjnej, bez instrumentalnych odjazdów, bowiem grupa stawia przede wszystkim na melodię i pozorną prostotę - pozorną, gdyż przy okazji takich nazwisk nie można nie mówić o wirtuozerii, ale podanej w formie lekkostrawnej. O ile w przypadku debiutu czuć było, że za stery trzymają przede wszystkim Neil Morse i Portnoy (stąd porównania do Transatlantic), tak tutaj kompozytorskie partnerstwo całej świty jest o wiele bardziej odczuwalne. Już sam fakt, że momentami czuć inspirację Springsteenem (to niewątpliwie wpływ McPhersona), grupą Muse (szczególnie pod względem rytmicznym) i bluesowo-rockowymi zagrywkami ala Deep Purple, mówi nam o podziale ról w grupie, gdzie każdy jest ważnym ogniwem całości. Zresztą Flying Colors bardzo dojrzało od poprzedniej płyty, szczególnie zaś McPherson, który jeszcze rok temu z dumą odtwarzał najbardziej kiczowatą wersję "Hallelujah" Cohena jaką słyszałem.

Dziś wokalista dosłownie czaruje liniami wokalnymi - szczególne wrażenie robi wieńcząca album rewelacyjna suita "Cosmic Symphony", a druga jej część to już wokalny majstersztyk (by nie zapomnieć o gitarze Steva Morse'a, o której warto by napisać jakiś poemat - cudo!), jak i albumowa perełka, przepiękny "Peaceful Harbor", gdzie rozedrgany, egzaltowany wokal McPhersona stanowi o sile kompozycji (pojawiający się Neal Morse jako drugi wokalista nie jest już tak przejmujący), wtórują mu wspaniałe solówki genialnego - nomen omen! - Steve'a Morse'a. Zresztą na tym albumie chyba wszystko się panom udało, bo irlandzkie w wydźwięku "One Love Forever" buja na folkowo aż miło, "Lost Without You" uzbrojono w świetne solo i chóralny refren, "A Place In Your World" i "Bombs Away" niebezpiecznie zbliża się do wypadkowej lżejszego Dream Theater z Deep Purple, "The Fury Of My Love" to śliczna ballada gdzieś z klimatów The Beatles, "Mask Machine" wyciąga wszystko co najlepsze ze stylistyki Brytyjczyków z Muse, a najbliższy neoprogresji "Open Up Your Eyes" jest jakby niedalekim echem twórczości Transatlantic.

Pewnie dlatego "Second Nature" najlepiej słucha się od końca. Otwierający album numer zupełnie niepotrzebnie błędnie nastraja słuchacza, który ostatecznie nie dostanie tego do czego został przygotowany. Na całe zresztą szczęście nie dostanie, bo Flying Colors to grupa zbyt eklektyczna, by można ją było wpisać w ramy neoprogresywne. Panowie hołdują przede wszystkim wielobarwności, niesamowitym dźwiękowym kolorycie - nie boją się kiczu, pastelu, nie straszne im przesłodzenie. Magicznym sposobem zresztą ta w gruncie rzeczy przerysowana muzyka, dzięki owej intensywności barw, staje się tak nieprzeciętnie zaskakująca, cieszy ucho słuchacza i zabiera go w świat wspaniałych melodii, przejmujących solówek, genialnej sekcji, syntezatorowych plam i po prostu rewelacyjnych, muzycznych opowiastek. Dla mnie Flying Colors to obecnie najlepszy spośród projektów Mike'a Portnoya, a właściwie wszystkie jego muzyczne kooperacje, w których przynajmniej pełni funkcję członka zespołu, robią na mnie bardzo pozytywne wrażenie. "Secund Nature" to bez wątpienia jedna z najprzyjemniejszych w słuchaniu tegorocznych premier okołoprogresywnych, a przede wszystkim album, na którym Portnoyowi i spółce udało się niemal wszystko. Dla wielbicieli dobrych melodii i muzycznego kolorytu pozycja obowiązkowa!

Grzegorz Bryk