Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Broken Crown Halo

Broken Crown Halo - Lacuna Coil

Broken Crown Halo

Wykonawca:

Lacuna Coil

Gatunek:

Rock

6 /10

Kryśka Scabbia i jej krasnoludki nagrali już siódmy duży album pod szyldem Lacuna Coil. Niby tak dużo, a jednak tak niewiele.

Mniej więcej półtora miesiąca przed premierą "Broken Crown Halo" z zespołem pożegnali się gitarzysta i perkusista, których nazwiska znane są wyłącznie najbardziej zagorzałym zwolennikom zespołu. Nie da się wszak ukryć, że w masowym wyobrażeniu Lacuna Coil to Cristina Scabbia. Jej humory, uroda, temperament i wokale. Gdyby nie ta kruczowłosa piękność z Mediolanu to zespół pozostałby pewnie znany najszerzej w granicach Lombardii. Niewykluczone, że również partner Kryśki Jim Root nigdy nie zagrałby do włoskiej bramki, a popularność gotyku w rocku i metalu ległaby w gruzach. Błyskotliwą karierę Lacuna Coil zawdzięcza więc głównie charyzmatycznej wokalistce. Tego typu pogląd wzmacnia "Broken Crown Halo".

Siódmy duży album Włochów konsekwentnie służy eksponowaniu talentu Kryśki. To nieważne, że w sensie wokalnym Lacuna Coil tworzy duet żeńsko-męski, ponieważ ścieżki Andrea Ferro są na ogół w tym układzie tłem, rzadziej przeciwstawiają się lub naturalnie współgrają z wokalistką. Scabbia śpiewa, krzyczy, nuci różne melodie, a nawet jęczy, choć kosmatej wyobraźni trzeba od razu powiedzieć, że ostatnie wymienione środki wokalne zawarte na "Broken Crown Halo" nie mają nic wspólnego z pornosami. Taki sposób wykorzystania ścieżek wokalnych nie jest w żadnym razie przypadkowy, bo kompozycje zespołu mają zagwarantować mu dobrą sprzedaż, a nawet w erze zmutowanego rocka seksowna wokalistka wciąż jest dobrym narzędziem promocji. Szczególnie wtedy, gdy jej wokale stoją na wysokim poziomie, a tego Cristinie odmówić nie można.

Trzeba też uświadomić sobie, że numery zawarte na "Broken Crown Halo" to właściwie zbiór nośnych piosenek. Na krążku roi się od przebrzmiałych pomysłów, niegroźnego rockowego instrumentarium i niekiedy podszywana się pod metal. Większość materiału brzmi bardzo przewidywalnie i standardowo jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie dotychczasowe nagrania zespołu, choć dawniej muzycy Lacuna Coil pozwalali sobie na większą odwagę jeśli chodzi o melodie. Pod tym względem "Broken Crown Halo" brzmi ślamazarniej, niż poprzednie albumy. Jest w tym trochę gotyckiego mroku, ale w melodyjności uciekła gdzieś wolność, która nawet z takiego pospolitego "Our Truth" pozwoliła uczynić fajny numer. Być może sprowadzenie owych melodii do pochmurnego mianownika wniknęło z przykrego wydarzenia, jakim była niedawna śmierć ex gitarzysty zespołu Claudio Leo? To jemu przecież zadedykowano posępny i zarazem najładniejszy utwór na płycie "One Cold Day".

Wspomniane requiem ku czci Claudio Leo wyłamuje ogólną konwencję płyty w sensie instrumentalnym, gdzie rozpędzone, czasem bardzo bezmyślne gitary zdołały uznać istnienie subtelnych partii klawiszowych. To też melodyjny nokturn - Lacuna Coil pod okryciem nocy brzmiąca przejmująco i poważnie. Myślę więc, że Włosi potrzebują kolejnych wstrząsów, aby nieco urozmaicić swoją twórczość, która z każdym kolejnym rokiem zaczyna przypominać kopulację głodnych kameleonów. "Broken Crown Halo" sprzeda się tak czy inaczej wśród żelaznych fanów zespołu, ale okazuje się, że na tym etapie kariery Lacuna Coil może jeszcze coś nieszablonowego wycisnąć tak z instrumentów, jak z gardła Kryśki Scabbii. Oby nie były potrzebne do tego kolejne trupy.

Konrad Sebastian Morawski