Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Massacre / Beat the Bastards / Fuck the System

The Massacre / Beat the Bastards / Fuck the System - The Exploited

The Massacre / Beat the Bastards / Fuck the System

Wykonawca:

The Exploited

Gatunek:

Punk

8 /10

Minęło jedenaście lat od premiery "Fuck the System", ostatniego albumu zespołu The Exploited, który już od 36 lat zajadle walczy z otaczającym nas systemem.

Walczy zajadle, choć niekoniecznie regularnie, przynajmniej biorąc pod uwagę albumy studyjne. Nowa płyta powstaje podobno już od blisko dwóch lat, w styczniu zespół ogłosił podpisanie kontraktu z wytwórnią Nuclear Blast, ale na razie niewiele dzieje się w obozie punkowych weteranów. Prócz przeżartej złem i korupcją polityki, religii i wszelkich innych patologii społecznych przyszło zresztą niezmordowanemu Wattie Buchanowi zmierzyć się jeszcze z czymś bardziej przyziemnym, to jest z problemami zdrowotnymi. Na razie więc, podtrzymując apetyt fanów na świeżą porcję punkowego uderzenia, nowy niemiecki wydawca uraczył ich w marcu (tak, od premiery minęło już trochę czasu) wznowieniami ostatnich trzech krążków ekipy z Edynburga.

Tylko trzy albumy, ale za to zamykające okres ostatniego ćwierćwiecza działalności The Exploited. Świetny "Death Before Dishonour", który ukazał się w 1987 roku, wyznacza bowiem swoistą granicę w twórczości wiecznie wkurwionych Szkotów. Od tego momentu trapiona nieustannymi zmianami personalnymi formacja bardzo wyraźnie zwolniła tempo wydawnicze, a przede wszystkim zmieniła oblicze granej przez siebie muzyki. "Death Before Dishonour" sygnalizował już pewne zmiany, jednak wciąż cechował się wyraźnie punkowym brzmieniem, motoryką i pracą gitar.

Wydany w 1990 roku, mocniejszy niż jakikolwiek wcześniejszy album "The Massacre", to wyraźniejszy krok w kierunku brutalizacji i zdecydowanego 'metalizowania' soundu. "Beat the Bastards" (1996) to już skok na główkę do metalowego basenu, podobnie jak jego niemal bliźniaczy następca "Fuck the System" (2003). Dlatego właśnie nie będzie wielkim nadużyciem potraktowanie tych trzech krążków, wznowionych w postaci wyposażonych w bonusy digipacków, jako swoistej trylogii nowego (czy aktualnego?) oblicza The Exploited.

Choć za produkcję "The Massacre" ponownie odpowiedzialny był Wattie Buchan, niejednokrotnie ważniejszą dla brzmienia rolę inżyniera dźwięku powierzono Colinowi Richardsonowi, który miał już na koncie współpracę z Carcass i Bolt Thrower, oraz przed którym dopiero rysowała się świetlana przyszłość jako prawdziwego guru od metalowej produkcji. I właśnie to słychać na tym albumie, który brzmi jakby stuningowano zdezelowaną punkową wyścigówkę, wyposażając ją w metalowy silnik z niespotykanym dotąd u Szkotów wygarem. Nie jest to jeszcze płyta całkowicie jednolita gatunkowo, to raczej pomost między punkiem a metalem, jednak punkowe konstrukcje nabrały tu potężnej mocy, a zespół praktycznie nie zwalnia, przy okazji jeszcze bardziej ograniczając niuanse w swej muzyce. Coś za coś.

Nie tylko więc brak na "The Massacre" przebojów w rodzaju "Sexual Favours" z poprzedniego krążka, ale też większość kawałków (bardziej melodyjny refren znalazł się jedynie w "Blown Out Of The Sky") zlewa się w jedno. Ulotnił się gdzieś specyficzny klimat, obecny wcześniej w wielu kawałkach Szkotów, jak np. na doskonałej i mojej ulubionej Epce z 1986 r. "Jesus id Dead", czy młodszym o rok albumie "Horror Epics". Na "The Massacre" The Exploited strzela w słuchaczy niczym z karabinu maszynowego, identycznymi pociskami, co zresztą stało się charakterystyczne również dla ich dalszej twórczości. Pięknie pulsujący, często wysunięty na pierwszy plan bas i wyraźna, autonomiczna praca perkusji zostały tu zmusztrowane do jednego szeregu, a ich podstawową rolą stało się rozpędzenie maszyny The Exploited. Trudno rozstrzygnąć, czy stało się dobrze czy źle, tym bardziej, że bardzo lubię obydwa okresy twórczości zespołu. Szkoci nie pozostawili zresztą miejsca na niedomówienia, powracając w 1996 r. z materiałem, który wyraźnie pokazał, w którą stronę zamierzają podążać.

Wyprodukowany ponownie przez Richardsona "Beat the Bastards" to apogeum metalowej mocy The Exploited. Gdy telewizje MTV czy Viva zaczęły emitować (wprawdzie niezbyt często) teledysk do tytułowego utworu z płyty, okazało się, że szkoccy punkowcy z Edynburga, dowodzeni przez wyposażonego w śmieszne czerwone warkoczyki Buchana, grzeją znacznie mocniej i bardziej bezkompromisowo niż wiele uchodzących za metalowe kapel, odnoszących sukcesy w połowie lat '90. "Beat the Bastards" najlepiej i najpełniej pokazuje agresywne oblicze zespołu. Nie ma tu wypełniaczy i słabszych kawałków. I choć przez 13 utworów ekipa pędzi do przodu w podobny sposób, album nie nudzi się nawet przez chwilę. Co więcej, bardzo dobrze znosi próbę czasu i wciąż może uchodzić za świetną wizytówkę punk metalu (czy jakkolwiek nazwać tę stylistykę).

Musiało minąć aż siedem lat, by w 2003 roku w sklepach pojawił się kolejny i - jak do tej pory - ostatni krążek The Exploited "Fuck the System". Mimo tak długiej przerwy i zmiany producenta, zespół konsekwentnie kontynuował drogę obraną na poprzedniej płycie. Tym razem za brzmienie mieli odpowiadać Russ 'Risky Russ' Russell i Simon Efemey, którzy pracowali wcześniej m.in. z Napalm Death. Panowie wywiązali się ze swego zadania bez zarzutu, jednak już w dniu premiery kompozycjom Szkotów brakowało nieco świeżości. Pomijam nawet wciąż cholernie irytujący wstęp do otwierającego album kawałka tytułowego, ale tym razem czegoś po prostu w tym krążku zabrakło. Czegoś trudnego do określenia, bo przecież to wciąż bardzo dobra, trzymająca poziom i chyba trochę bardziej niż poprzedni materiał urozmaicona (i zarazem bardziej nierówna) płyta, zawierająca sporo hitów, by wymienić tylko "Lie to Me", chwytliwy "Never Sell Out" czy koncertowy killer "Chaos Is My Life". Zresztą już lektura samych tytułów krążka dowodzi, że zespół wciąż stara się pielęgnować punkowe ideały. Jednak, moim zdaniem "Beat the Bastards" okazał się niedościgłym wzorcem, a "Fuck the System", trochę jak sequel dobrego filmu, nie zdołał dorównać pierwszej części.

Skoncentrowałem się tu na tym co najważniejsze, czyli regularnej zawartości odświeżonych albumów, ale z obowiązku wypada wspomnieć również o bonusach, bo przecież dziś żadne wznowienie bez bonusów obejść się nie może. Dołożone do "The Massacre" i "Fuck the System" dodatkowe kawałki niczego nowego nie wnoszą, a najwięcej radości, choć raczej dla największych fanów zespołu, przynosi krążek DVD "Official Live Bootleg" dołożony do "Beat the Bastards". Wznowione albumy prezentują potężny kawał historii jednego z najważniejszych, jeśli nie najważniejszego zespołu tak zwanej drugiej fali brytyjskiego punk rocka. Moim zdaniem, nie wypada ich nie znać.

Szymon Kubicki