Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Katorz / Infini

Katorz / Infini - Voivod

Katorz / Infini

Wykonawca:

Voivod

Gatunek:

Metal

8 /10

Piggy żyje! Piggy umarł! Piggy czuwa! Kto dziś chce, aby Piggy był wśród nas?

Dystans, jaki oddziela "Katorz" od "Infini" - albumy wydane po śmierci legendarnego Denisa D’Amoura - jest duży. Na każdym fragmencie skóry daje się odczuć, że najważniejszą wartość muzyczną do "Katorz" wniósł przede wszystkim D’Amour aka Piggy, kompozytor i gitarzysta, twórca legendy Voivod. Tymczasem w utworach zarejestrowanych na "Infini" słychać zaledwie inspiracje twórczością Piggy’ego, jakieś zręby pozostawionej po nim muzyki, fragmenty tego, kim był dla Voivod. Oba krążki zostały właśnie wznowione przez Metal Mind Productions.

W sierpniu 2005 roku Piggy przegrał walkę z rakiem jelita grubego. Okładka wydanego niecały rok później albumu "Katorz", budząca nieco skojarzenia z bookletem do czarnego albumu Metalliki, zawierała podobiznę tego wielkiego muzyka. Nie bez przyczyny, bowiem ten album w logiczny sposób kontynuował nowe pomysły w twórczości Voivod, które zostały zapoczątkowane przy eponimicznym albumie z 2003 roku. W pewnej mierze chodziło o rock and roll, soczysty, zagrany nie bez inspiracji amerykańskimi kolegami zza miedzy. Ten album to także silne wpływy heavy n’ thrash metalu, dużo wolności kompozycyjnej w progresywnym stylu, a także charakterystyczne brzmienie właściwe tylko nagraniom Voivod. Nieco paranoidalne, fragmentami nawet schizofreniczne. Tym razem ozdobione basem Jasona Newsteda. Człowieka, który sprawił, że na "Katorz" Voivod zabrzmiał najbardziej czysto w swej historii. Ten krążek nie był jednocześnie przesadną elegią ku chwale Piggy’ego, ale pięknym i wyszukanym hołdem wobec geniuszu owego muzyka. Warto dodać, że "Katorz" dotąd nie doczekał się odpowiedniego przyjęcia na metalowym rynku. Można rzec: "who cares after all?", jak śpiewał Snake w utworze "After All", ale wznowienie Metal Mindu daje szansę na ponowne zmierzenie się z siłą krążka.  

Po wydaniu tej płyty wiele osób - w tym autor recenzji - sądziło, że nastąpił koniec Voivod. Ludzie wychowani (choćby u kołyski) przy dźwiękach kultowych albumów "War and Pain", "Rrröööaaarrr" albo "Killing Technology", zaś następnie prowadzeni poprzez kilka metamorfoz zespołu, nie byli w stanie wyobrazić sobie, że ta kapela będzie funkcjonować bez Piggy’ego. W istocie nie funkcjonuje bez niego, ponieważ muzyk pozostawił po sobie trochę materiału, który wystarczył, aby wypełnić "Katorz" i… ubarwić "Infini", a więc kolejny krążek studyjny Voivod, wydany w 2009 roku. To dobrze, że spuścizna po Piggy’m wystarczyła na jeszcze jeden album. Daje się to odczuć w jego wielu porywających fragmentach, choćby w charakterystycznym kanadyjskim paranoidzie "God Phones" albo wieńczącej dzieło torpedzie zatytułowanej "Volcano". Krążek miewa też słabsze momenty, choć łatwo jest wyczuć, gdzie wykorzystano post mortem twórczość Piggy’ego. Niekoniecznie musi chodzić o fizyczne nagrania, ponieważ ważną rolę spełniły też inspiracje, które wystarczyły, aby "Infini" zabrzmiał nieźle, choć nie tak ambitnie i dosadnie, jak "Katorz".

Oba albumy są więc przede wszystkim hołdem dla Denisa D’Amoura, a może bardziej dla pomysłów, które ów muzyk planował zrealizować. Nie da się wszak ukryć, że Voivod to nie tylko jeden z najbardziej wpływowych zespołów w metalu, ale też jego ewolucja prowadzona była zawsze pod prąd aktualnym - tfu! - trendom. Podobno ostatni album studyjny "Target Earth" z 2013 roku też był rezultatem inspirowania się duchem Piggy’ego, choć bardziej metafizycznym, niż namacalnym. Ile jest jeszcze w stanie wyciągnąć Voivod z grobu swego mistrza? Te rozważania zostawmy na inny czas. Na razie wypada mi powtórzyć pytanie: kto dziś chce, aby Piggy był wśród nas? Ja chcę! Metal Mind chce! Magazyn Gitarzysta chce! A Wy?

Konrad Sebastian Morawski